Hokej.Net Logo

Wyświetleń: 6475

Znani, ale zapomniani. Mirosław Tomasik

2020-05-21 21:04:49

W naszym cyklu publikujemy wywiady z zawodnikami, którzy dołożyli sporą cegiełkę do rozwoju hokeja w Polsce, ale w ostatnim czasie nie znajdowali się na świeczniku. Mirosław Tomasik opowiedział nam o grze w Podhalu pod batutą Ēvaldsa Grabovskisa, epizodzie w Szwecji i licznych kontrolach antydopingowych przed Igrzyskami Olimpijskimi w Albertville.


HOKEJ.NET: – Co słychać obecnie u Mirosława Tomasika?

Mirosław Tomasik, były zawodnik Podhala Nowy Targ i reprezentacji Polski: – Stara bieda, pracuje obecnie w PPHU Biela. To duża ubojnia trzody chlewnej i bydła. Zajmuje się w niej dystrybucją. Na szczęście nie odczuwamy pandemii koronawirusa w naszej branży. Działamy cały czas i mogę powiedzieć, że nam się udało. Codziennie słyszę, że wiele innych firm ma spore problemy.

Wróćmy do początków Pana kariery. Czy trudno było wejść do pierwszej drużyny?

– Trudno. Gdy ja wchodziłem do zespołu, to podobną szansę otrzymał tylko jeden kolega z mojego rocznika. Reszta musiała szukać klubów na przykład na Śląsku, ewentualnie ktoś musiał grać sezon czy dwa w drugiej lidze. Czasy były inne, bo 30-letni zawodnik był już uznawany za dziadka i był niejako zobowiązany do tego, by zrobić miejsce młodszym graczom i zakończyć karierę. Teraz wielu zawodników gra nawet do czterdziestki.

Może zabrzmi to brutalnie, ale za moich czasów młodzież wypierała starszych zawodników. Deptaliśmy im po piętach do tego stopnia, że wieszali łyżwy na kołku albo wyjeżdżali za granicę do Niemiec czy Austrii, by zarobić na emeryturę. Takie były czasy, ale taki wyjazd był nagrodą przed zakończeniem kariery.

Zapewne zapytasz, jak wygląda to teraz? Mamy przepaść. Do seniorskiego hokeja wchodzi pięciu lub sześciu zawodników, a czasem nawet pół drużyny.

Pierwszy tytuł mistrza Polski zdobył Pan w 1987 roku, ale wtedy nie rozegrał pan pełnej fazy play-off. Co stanęło na przeszkodzie?

– Niestety wtedy nabawiłem się kontuzji i musiałem przejść operację przepukliny. Trenerem był wtedy Walenty Ziętara. Zdecydowaliśmy, że nie będę czekał aż sezon się zakończy, tylko od razu pójdę na stół.

Prawdę mówiąc ten tytuł nie był oczekiwany, bo mieliśmy bardzo młodą drużynę. Była to duża niespodzianka, bo mistrzostwo wróciło do nas po ośmiu latach. Podczas finałów w Nowym Targu było już cieplutko, lód się topił i była euforia. Bardzo przeżywałem to z trybun, pewnie jeszcze bardziej niż zawodnicy, którzy grali w tym meczu.

Ma Pan w kolekcji trzy tytuły mistrza Polski na koncie. Który jest dla Pana tym najbardziej pamiętnym lub smakującym najlepiej?

– Najbardziej smakował ten tytuł pierwszy z Grabovskisem, w 1993 roku. Wygraliśmy ostatni mecz z Unią Oświęcim 10:0. Ten zdobyty rok później był taki, że wszyscy się go spodziewali. Podhale było potęgą i nikt nie chciał grać z nim w finale. Nawet wspomniana Unia nie potrafiła nawiązać walki z góralami. Widać było, że chciała to skończyć w czterech meczach, żeby się więcej nie mordować.

Współpraca z Ēvaldsem Grabovskisem to pewnie temat na wiele opowieści. Głównie o tych morderczych treningach czy twardej ręce łotewskiego szkoleniowca. Co Panu najmocniej utkwiło w pamięci?

– Był to inteligentny człowiek, fachowiec w każdym calu. Przede wszystkim dobry psycholog, bo miał podejście od strony innej niż czysto trenerskiej. Potrafił człowieka prześwietlić, sprawdzić jakie ma problemy jeden czy drugi, no i wyciągnąć to, co najlepsze z każdego zawodnika. Była to inna szkoła. Wszystkim było ciężko, ale z czasem każdy przekonywał się, że za darmo nic nie dostanie. Trzeba było trenować troszkę więcej, ale to procentowało. Później jak się opanowało system na lodzie, to była przyjemność. Na pewno na początku jego system był przeklinany przez każdego. Ciężko było się nam przestawić, ale jak zaczęło to funkcjonować, to każdy grał z przyjemnością. Wiedzieliśmy, że musimy grać na sto procent.

W 1997 zawodnicy wystosowali list przeciwko metodom pracy trenera Grabovskisa. Pan już grał wtedy w Unii. Co się wydarzyło?

– Wtedy zaczęły się problemy, takie coś jak teraz jest w Podhalu. Przed sezonem potrafili ściągnąć i testować 12 czy 15 zawodników. Sponsorem był wtedy Kowalski, w pewnym sensie nawiedzony fanatyk. Dał zielone światło i stało się to, o czym mówiłem. Wychowankowie Podhala poszli w odstawkę i narastał konflikt.

Trener trzymał zawodników twardą ręką, niektórzy to szczególnie odczuli. Gdy przyszedł sezon, wszystko się zmieniło. Grabovskis troszkę popuścił, jak były efekty. Ale jak ich nie było, to ciągle coś wyciągał i zmieniał. Jednemu się to podobało, innemu nie.

Był tytanem pracy, bo to lubił. Miał pościągane te swoje systemy, poza tym ściągnął łotewskiego fizjoterapeutę. Wprowadził trochę nowych rzeczy, jak obozy w Rosji czy w Mińsku, gdzie przebywaliśmy przez dwa tygodnie. To było coś nowego, prawdziwa hokejowa szkoła życia.

Na treningu wylewaliśmy siódme poty, ale po dwóch godzinach przerwy znów byliśmy przygotowani do takich samych obciążeń. Młode organizmy, inaczej się „traktowało”. Dziadki by tego teraz nie wytrzymywały.

Ale druga sprawą jest to, że inne kluby trenowały mniej. Grabovskis miał inny styl pracy niż szkoła czeska. Gdy mieliśmy do wykonania pięć kółek, to żeby zrobić coś nowego, to dokładał nam jeszcze dwa. Jeden znosił to lepiej, inny gorzej.

Niektórzy jak Leonid Fatikow, Jarosław Morawiecki czy Krzysztof Podsiadło nie wytrzymali tych obciążeń podczas testów w Podhalu...

– Gdy zawodnik jest ukształtowany i ma 26 lub 27 lat, to trudno zmienić się nawet o 50 procent. Grabovskis chciał, aby wszyscy zawodnicy pracowali trzy razy dziennie: długo i ciężko. Nie znosił jakiegokolwiek sprzeciwu, po prostu trzeba było wykonywać jego polecenia, taktykę. Kto to zaakceptował, to „przeżył”. Inni musieli się pożegnać.

Owszem, gdyby było to podparte sprawami finansowymi, to niektórzy zapewne zacisnęliby zęby i wytrzymali, ale w tamtych czasach z pieniędzmi było różnie.


Ostatnie mistrzostwo zdobył Pan w 1994 roku. Po sezonie głośnym echem odbiły się problemy finansowe, zmiana trenera i rezygnacja prezesa Podgórskiego.

– We wszystkich klubach zaczęły się pewne problemy finansowe. Można powiedzieć, że od kolebki to główny problem lub bolączka naszego hokeja. Brakuje stabilizacji.

Przykładowo ktoś ma fajny sezon, wydaje się, że w klubie jest spokój w tym aspekcie, a kolejny ukazuje, że nie ma wcale tak kolorowo. Później przychodzi kolejny i problemy się piętrzą. Nie ma narybku, ściąga się wielu tańszych obcokrajowców, ale co jest tanie, to jest drogie. Każdego przecież trzeba zakwaterować, wyżywić, kupić im sprzęt i doliczyć przeloty.

Taki gracz przegra te sześć lub siedem miesięcy, odbębni pańszczyznę i będzie miał wszystko w nosie. Swój zawodnik jednak zostawi serce. Ze swojego doświadczenia wiem, że wychowanek rzuci się pod krążek częściej niż ten obcy. On tu przyjechał zarobić i zmykać. To podstawowa różnica.

Ostatnio w Podhalu występowało kilkunastu obcokrajowców, najwięcej w historii klubu...

– Na pewno serce mnie zabolało, bo wielu młodych graczy nie dostawało przez to szansy. Zaciąg trenerski był zza granicy, więc trener ściągał swoich graczy. Mam trochę doświadczenia w tej kwestii, bo przez rok byłem w Szwecji i wiem, jak było. Każdy trener ściąga swoich zawodników. Jeśli ma on do wyboru ciebie lub gracza swojego, prezentującego zbliżony poziom, to postawi na swojego.

W tym sezonie w Podhalu było podobnie. Sezon zakończył się wielką porażką, jakby na to nie patrzeć. Owszem część graczy wyśrubowała statystyki, ale niewiele to dało. Może liga była ciekawsza, więcej spotkań zaciętych i wyrównanych, ale kluby miały w miarę szerokie ławki, więc mogły rotować zawodnikami.

Po wielu latach gry w Podhalu zdecydował się Pan zmienić klub. W 1994 roku wyjechał Pan do szwedzkiego Kristianstads IK. To była dobra decyzja?

– Wtedy zaczął się problem finansowy w Podhalu, więc nie miałem wielu opcji. Było zielone światło na mój wyjazd. Panowało przekonanie, że jak nie ma pieniędzy, to klub pozbędzie się kilku zawodników. „Jak ktoś chce, to niech jedzie” - słyszeliśmy.

Trafiłem, jak trafiłem. Czy mogło być lepiej, czy gorzej? Powiem tak: skorzystałem z tego wyjazdu, bo zdobyłem nowe doświadczenie. Potem sytuacja w Nowym Targu zaczęła się powtarzać. Były dywagacje, kto jest potrzebny, a kto już nie. Na tej samej zasadzie trafiłem do Unii Oświęcim.

Jaki był wtedy poziom ligi, w której Pan występował w Szwecji?

– Przez pierwsze trzy miesiące, aż do listopada, adaptacja nie była łatwa. Ciężko było się przestawić, bo przecież to inny system i inni zawodnicy. Przede wszystkim nie znałem języka i to było niekomfortowe. Druga część przygody w Szwecji była już rewelacyjna i miło ją wspominam, bo udało nam się awansować do fazy play-off. Po sezonie nagle zmienił się trener. Kanadyjczyk, który na mnie stawiał, opuścił szeregi drużyny i mój wstępny kontrakt przestał obowiązywać. Przyszedł nowy szkoleniowiec, ze swoimi zawodnikami i musiałem się spakować. Tak to działa na świecie.


Srebrni medaliści Mistrzostw Polski 1996-1997
Fot. Książka "Unia Oświęcim 60 lat"

Później odszedł Pan do Unii Oświęcim, ale nie udało się zdobyć złotego medalu. Unia miała szansę na detronizację Podhala?

– Dostałem propozycję gry w Unii i dogadaliśmy się co do warunków współpracy. Byliśmy dwa razy w finale, ale nie udało nam się pokonać Podhala. W sezonie zasadniczym mecze były wyrównane, można powiedzieć, że dzieliśmy się zwycięstwami.

Gdy przychodziły finały, to Unia zawsze dostawała od Podhala. Górale pokazywali charakter i to, co wcześniej wspominałem. Nowotarżanie mobilizowali się i zostawiali serce na lodzie. To, czego żaden obcokrajowiec nie zrobi. Żeby była jasność mówię tu o przeciętnych stranieri, a nie o wirtuozach jak Agiejkin czy Semerjaks. Takich graczy nie trzeba było motywować. Z obecnymi obcokrajowcami różnie bywa. Owszem trafi się ktoś dobry, ale większość jest brana na sztukę.

Gdy odszedł Pan z Podhala to zdobyli oni trzy złote medale. Wrócił Pan do Podhala i zaczęła się dominacja Unii. Ciekawa historia.

– Życie. Może można było zrobić coś inaczej, ale nie dało się przewidzieć, co będzie za rok. To są rzeczy, które nie są od nas zależne. Wyszło jak wyszło.

Udział w Igrzyskach Olimpijskich było spełnieniem marzeń?

– Na pewno tak, bo to marzenie każdego zawodnika, żeby w takim wydarzeniu wystąpić. Wiadomo, że nasza kadra była tam kopciuszkiem i nie ma się co czarować. Przed samym wyjazdem było dość duże zawirowanie czy pojedziemy, czy nie. Były niesamowite historie z kontrolami antydopingowymi. Takie były zakulisowe zagrania związku czy osób z jeszcze wyższych szczebli, a przynajmniej takie dochodziły do nas słuchy. Jeśli chodzi o wyniki, to mało mieliśmy kontaktów z tymi drużynami europejskimi z czołówki światowej. Ze Szwajcarią jeszcze wtedy graliśmy jak równy z równym. Wygrywaliśmy z Niemcami, natomiast Szwedzi, Rosjanie i Czesi byli poza zasięgiem.

Wspomniał Pan o problemach dopingowych. Co się wtedy wydarzyło?

– Przed tymi zgrupowaniami była taka procedura, że cały czas pobierane próbki. Było wtedy 12-15 zawodników podejrzanych o stosowanie niedozwolonych substancji, potem dwóch, więc cały czas ktoś rzucał nam kłody pod nogi. Nikomu oczywiście nic nie udowodnili, ale był to okres stresu i nerwówki. Zadawaliśmy sobie pytania: „co będzie i jak to się zakończy?”. Tym bardziej wtedy były już bidony i w nich robili te mikstury z wodą, więc była możliwość dosypania czegokolwiek. Teraz te czasy się trochę zmieniły i te butelki są zakręcane, bardziej bezpieczne. Przynajmniej na tym profesjonalnym, wysokim poziomie. Nie bierzesz po kimś, czy otwartej tylko mała butelka i do wyrzucenia.

Pięć razy wystąpił Pan na Mistrzostwach Świata na zapleczu Elity.


– Niestety nie udało się ani razu awansować, takie były czasy. Te drużyny wydawały się słabsze, a przyszły mistrzostwa, a w nich traciliśmy punkty i wieczne czegoś brakowała. Sytuacja w klubach była niestabilna, niepewna i to też się odbijało na naszej grze.


W książce "75 lat Szarotek" czytamy o Panu: dobry technik, ale słaba jazda na łyżwach. Zgadza się Pan z tym?

– Pewnie tak, bo jazdy nie miałem pięknej. Zawsze mówiłem, że jak zacząłem grać w hokeja, to wtedy były takie czasy, że dostawało się sprzęt na szkółce. A jaki on był, to można sobie tylko wyobrazić. Dostawałem takie buty, że po prostu były koślawe i żeby się na nich utrzymać, to musiałem nogi koślawić, żeby się nie wywrócić. Myślę, że od tego zaczęła się moja brzydka jazda, a przynajmniej tak to tłumaczę wszystkim (śmiech). Cóż, pewne przyzwyczajenia zostały.

Czy szybkość i technika była Pana główne atuty na tafli?

– Może szybkość nie, ale bardziej technika i przegląd sytuacji. Miałem umiejętność czytania gry i szybkiego podejmowania na lodzie. Jeszcze zanim dostałem krążka, to wiedziałem, gdzie mam później podać. Od strzelania mieliśmy innych zawodników, naprawdę świetnych.

Z którymi kolegami z ataku grało się Panu najlepiej?

– Myślę, że byli śp. Jasiu Hajnos i Piotrek Podlipni. Tworzyliśmy fajną trójkę i rzeczywiście mogliśmy grać w ciemno. Rozumieliśmy się bez słów, graliśmy swój system, w który włożyliśmy dużo pracy. Z kolei w Oświęcimiu był Waldek Klisiak i Dmitrij Miedwiediew. Także klasowi zawodnicy klasowi.

Na koniec kariery wyjechał Pan na krótko do Hiszpanii? Niewiele kronik to odnotowuje.

– Grałem przez pół sezonu w Vitoria-Gasteiz. Było nas tam więcej, bo oprócz mnie też Piotr Podlipni, Janusz Hajnos i Tadeusz Puławski. Trenerem tej drużyny był wówczas Adam Wronka. Byliśmy tam cztery miesiące, a następnie rozwiązaliśmy umowy. Zaczęły się problemy finansowe w klubie i dlatego rozstaliśmy się.

Poziom nie był zbyt wysoki, ale dla nas była to już emerytura. Za darmo lodu nikt nie oddawał, ale liga była półamatorska. Oprócz nas zawodnicy pracowali, a wspólnie trenowaliśmy wieczorem. Choć był to zespół grający ogony, to udało nam się go wyciągnąć na drugie miejsce.

Fot. Książka "75-lat Szarotek"

Syn poszedł w Pana ślady. Czy trzeba było namawiać Damiana, aby zaczął uprawiać hokej?

– On miał od początku ciąg do hokeja. Gorąca krew, więc musiał gdzieś ją upuścić. Gdy go wziąłem na trening, to strasznie chciał być bramkarzem, więc załatwiłem mu sprzęt bramkarski, ale tak dostał w kość z tymi ćwiczeniami, że na drugi dzień już nie chciał nim być (śmiech). Wspominamy to do tej pory. Cóż wybiłem mu grę na tej pozycji już po pierwszym treningu, co uważam za swój mały sukces.

Nie jest to takie proste, by w ciągu godziny sto razy wstać z lodu, a potem wyciągnąć gumę z bramki. Ostatecznie został napastnikiem, a później trenerzy przestawili go do obrony.

Denerwuje się Pan obserwując mecze Damiana?


– Na pewno zawsze rozmawiamy po meczach, analizujemy sytuację, a że mam w głowie komputer, to te wszystkie akcje mogę prześwietlić. To mogłeś inaczej zrobić, ustawić się na tej zasadzie. Spokojna, luźna rozmowa, bo nie chodzi o opieprzanie. A czy się denerwuje? To na pewno. Jak jest na lodzie, to człowiekowi mocniej serce bije. A jak nie gra, to jest spokojne oglądanie meczu.

Z hokejem nie dał sobie Pan całkiem spokoju, bo po zakończeniu kariery grał Pan w Mistrzostwach Polski Oldbojów. Ciągnęło na lód?

– Bardzo. Musiałem się ruszać, bo przestawienie się na fazę „nic nie robię” dla mnie nie istniało. Troszkę bawiłem się w Oldbojach. Ale to wtedy gracze byli zaawansowani rocznikowo. Bo wtedy byli głównie po czterdziestce tak zwani starsi Panowie i przychodziło się pobawić. Natomiast teraz przyszły inne czasy i człowiek nie ma co tam teraz szukać. W zespołach jest za duża rozbieżność wiekowa, chłopcy są młodzi, a mi lat niestety przybyło. Ktoś mógłby mi poprzekręcać kości. Bo trzeba się umieć bawić, a niektórzy za bardzo emocjonalnie do tego podchodzą. Na razie łyżwy zawiesiłem na kołku.

Miał Pan ochotę kiedyś spróbować trenerki?

– Nie, mimo że mam dyplom trenera drugiej klasy na AWF-ie. Robiliśmy go w kontekście, żeby kiedyś się przydał. Ale takie czasy się zrobiły, że z trenowania nie da się utrzymać rodziny.  Ci, co zostali to byli bardzo wytrwali albo gdzieś mieli jakieś rodzinne firmy. Więc mogli sobie jakoś dorobić. Z trenerki ciężko było wyżyć.

Jak Pan patrzy na nasz hokej z perspektywy lat i zainteresowania tą dyscypliną?

– Nie wiem jak teraz to będzie, gdy pandemia koronawirusa się skończy. Pewnie inne sporty sobie poradzą, bo mają sponsorów, są obecne w mediach i mają transmisje w telewizji.

Hokej słabo stoi na rynku pod tym względem i będzie bardzo ciężko. Kiedy wystartuje sezon? Tego jeszcze nie wiemy. Kluby mogą mieć problemy: w Podhalu rewelacyjnie nie jest, delikatnie poprawiło się w Katowicach, jedynie Tychy są bardzo stabilne. Tylko z kim będą grać?

Musimy poczekać jak na świecie wszystko się ustabilizuje. Mówi się, że może to być sezon na przetrwanie, przetrzymanie. A jak ktoś będzie zdrów, to sobie przyjdzie sobie pograć, bo pieniędzy też wielu nie będzie. Obym się mylił i oby ta sytuacja szybko się unormowała. Bo wiadomo, że są inne sprawy w życiu, biznes i gospodarka. Nikt tym hokejem nie będzie się przejmował.

Rozmawiał: Sebastian Królicki


Metryczka:

Napastnik Mirosław Tomasik (26.05.1965 w Skawinie), wychowanek Podhala Nowy Targ (-94, 97-00), później grał w Kristianstad IK (Szwecja, 94-95) i Unii Oświęcim (95-97), CH Vitoria-Gasteiz (Hiszpania, 2001). Mistrz Polski (1987, 1993, 1994), wicemistrz (1990, 1998, 2000). Olimpijczyk z 1992 roku, uczestnik 5 turniejów mistrzostw Świata. W reprezentacji rozegrał 64 spotkania i strzelił 18 bramek. W lidze polskiej 536 meczów (229 bramek, 248 asyst, 274 minut karnych) - według hokejowego statystka Stefana Leśniowskiego.





Powrót

Komentarze:

Bardzo fajny wywiad.
super wywiad ,brawo Panowie.
ps. fajnie grający technicznie ,sprytny,duzo widział na lodzie.Ciekawe czy znaleziono jego Fiata Uno którego mu ktos zawinon spod pływalni:)
Nieżle chodził.Pozdrowienia.
Świetny wywiad, fajnie się to czyta. Ale płakać się chce na ostatnie zdanie, że "tym hokejem nikt się nie będzie przejmował", ja np. będę i ciężko sobie wyobrazić, że nie będziemy chodzić na mecze jak dotąd, internet to nie to, żeby chociaż były dobre transmisje w TV.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zarejestruj się.



UWAGA! W związku wejściem w życie z dniem 25 maja 2018r. nowych regulacji prawnych opartych o treść ROZPORZĄDZENIA PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO I RADY (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) aktualizacji uległa Polityka Prywatności Hokej.net.

WAŻNE! Nasza strona wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Stosujemy je w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb użytkownika. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień cookies oznacza, że będą one zamieszczane na Twoim urządzeniu końcowym. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących tzw. „ciasteczek”. Więcej szczegółów znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
V