
W świecie hokeja, jak w każdym sporcie, są zawodnicy, którzy budzą podziw i szacunek, ale są też tacy, z którymi wolałoby się nie mieć nic wspólnego. Powody mogą być różne - od poważnych przestępstw, przez kontrowersyjne zachowania, aż po problemy osobiste. W tym artykule przyjrzymy się kilku hokeistom, z którymi zdecydowanie nie chciałbym dzielić lodowiska, szatni, ani nawet tak błahej rzeczy jak breloczek. Ich historie pokazują, jak ważne jest nie tylko mistrzostwo sportowe, ale także charakter i postawa poza lodowiskiem.

Niegdyś dużo łatwiej poznawało się bramkarzy po maskach. Curtis Joseph zawsze miał na kasku wilka, Mike Richter Statuę Wolności, Kelly Hrudey dał się poznać maską z napisem „Hollywood” a Ben Bishop fluorescencyjne błyskawice. Nasz bohater należał do tej grupy. „Orzeł”, „Szalony Orzeł”, „Wielki Orzeł” a czasami „Pijany Orzeł” jak nazywali go kibice, bez wątpienia był jednym z najlepszych golkiperów w historii. Był szybki, sprytny i kochał wygrywać. Był też krnąbrny, agresywny, a jego pozahokejowe ekscesy są bardziej legendarne niż jego kariera.