25 lat temu wydarzyło się coś niewiarygodnego. Tak Polacy awansowali do Elity
Bez transmisji w powszechnie dostępnej telewizji, bez widocznej wiary w końcowy sukces, a nawet bez złudzeń. W takich okolicznościach 25 lat temu polscy hokeiści jechali do Francji na MŚ Dywizji I. Wrócili z awansem.
Wczesną wiosną 2001 roku przygotowywaliśmy się do Wielkanocy. W piłkarskiej ekstraklasie grały Odra Wodzisław Śląski i Ruch Radzionków, a polscy sympatycy sportu odpoczywali po pierwszej fali Małyszomanii. Piłkarska reprezentacja Polski - po dwóch kolejnych zwycięstwach w eliminacjach MŚ - była coraz bliżej awansu na azjatycki mundial. Wprawdzie Emmanuel Olisadebe nie mógł liczyć na takie uwielbienie, jak wspomniany Orzeł z Wisły, ale w rankingu popularności wśród polskich kibiców zajmował mocne, drugie miejsce.
Najlepszy był… spiker
Mało kto w przedświątecznej gorączce przejmował się tym, że w wielkanocny poniedziałek hokejowa reprezentacja Polski inauguruje we francuskim Grenoble mistrzostwa świata Dywizji I. Rok wcześniej turniej – ostatni raz z udziałem ośmiu zespołów – rozgrywany w katowickim Spodku cieszył się sporym zainteresowaniem. Przyjechał Mariusz Czerkawski, udało się wprawdzie w pięknym stylu pokonać Niemców 6:2 i zremisować 3:3 z Duńczykami, ale porażki z Kazachami (2:5) i Brytyjczykami (4:6) zamknęły nam drogę do Elity.
W międzyczasie rozgrywki światowe zreformowano. Na zapleczu Elity utworzono dwie sześciozespołowe grupy na równym szczeblu, a zasady były takie, że ich zwycięzcy awansują do MŚ Elity. Polakom przypadł w udziale występ w Grenoble właśnie i trzeba przyznać, że kibice nie oczekiwali zbyt wiele. Murowanym faworytem do awansu byli gospodarze, którzy rok wcześniej spadli z Elity. Na dodatek postawa naszej drużyny, prowadzonej przez trenera Wiktora Pysza, nie napawała optymizmem. Niedługo przed świętami biało-czerwoni rozegrali dwa sparingowe mecze z Estończykami. W Tychach, "grając na dużym luzie" – jak powiedział Wojciech Tkacz, autor jednej z bramek, wygraliśmy 6:1. Dzień później w Oświęcimiu było tylko 3:2, a najlepszy w tym meczu był… spiker zawodów.
Namówili do Pyszowie
Chodziło o to, że funkcyjny rozbawił publikę do łez, bo po pierwszym golu dla Polaków, autorem trafienia był Sebastian Gonera, ogłosił, że gola zdobył grający z tym samym numerem w drużynie estońskiej Maksym Iwanow i, że to goście objęli prowadzenie. Garstka kibiców, mecz według relacji prasowych oglądało 500 najzagorzalszych fanów hokeja, miała zatem niezły ubaw. Do śmiechu nie było jednak nikomu, biorąc pod uwagę formę naszych. Narzekano głównie na ociężałość, choć trener Pysz tłumaczył, że forma ma być na mistrzostwach. Zwracano uwagę na to, że Patryk Pysz, syn selekcjonera, ma nadwagę, a także na to, że powołanie niemal 40-letniego Andrzeja Schuberta mija się z celem.
Gracz ten wrócił do reprezentacji Polski po siedmiu latach przerwy. W 1994 roku grał na MŚ grupy B w Kopenhadze, podczas których doszło do rozłamu w drużynie, a jego prowodyrem miał być właśnie Schubert. Na zgrupowanie przed wyjazdem do Francji przyjechał po usilnych namowach rodziny Pyszów. Patrykiem grał w jednym zespole, REV Bremerhaven, w 2. Bundeslidze. Selekcjoner Wiktor zadzwonił do Niemiec i długo przekonywał Schuberta, by dołączył do zespołu. Ostatecznie wychowanek Baildonu Katowice, który w połowie lat 80. wyjechał do Niemiec i na najwyższym poziomie rozgrywkowym w tym kraju spędził 10 sezonów, dał się namówić. I to jest kluczowy moment dla reszty tej opowieści.
Widzieli tylko wybrańcy
Na miejscu Schubert odmówił komentowania wydarzeń sprzed siedmiu lat. Skupił się na grze, a selekcjoner ustawił go początkowo w trzeciej parze obrońców. Szybko jednak zmienił zdanie. Po pierwsze wiedział Wiktor Pysz od syna, że mimo czwartego krzyżyka na karku obrońca jest w dobrej formie, a po drugie sam się o tym przekonał. W drugim meczu z Estończykami, Schubert rąbnął z niebieskiej w swoim stylu i doprowadził do wyrównania. Katowiczanin dysponował piekielnym strzałem z dystansu, co przydaje się szczególnie podczas przewag.
Już w Grenoble, w wielkanocny poniedziałek, umiejętności strzeleckie Schuberta jeszcze się nie przydały, choć dziś ze świecą szukać kogoś, kto oglądał tamto spotkanie. Otóż prawa do transmisji w Polsce zdobyła raczkująca dopiero stacja Polsat Sport, która powstała jesienią poprzedniego roku, a dostęp do niej mieli bardzo nieliczni. Dopiero w 2002 roku kanał ten pojawił się w niektórych sieciach kablowych, przy okazji azjatyckiego mundialu. Wiosną 2001 roku swoją wiedzę o postępach polskich hokeistów we Francji czerpaliśmy z… telegazety, a także z relacji prasowych. Katowicki "Sport" wysłał w Alpy red. Mariana Czakańskiego. "Trybuna Śląska", z kolei, wspomagała się telefonami do kierownika naszej ekipy, Stanisława Gawliczka.
Nie chciał być kozłem ofiarnym
Z Holandią, na inaugurację, wygraliśmy pewnie, 4:0, dominując na tafli przez całe spotkanie. Drugiego dnia zmagań zadanie było trudniejsze. Węgrzy, których jeszcze w połowie lat 80. tłukliśmy niemiłosiernie, pod koniec XX wieku zaczęli sprawiać nam coraz większe problemy. Rok przed meczem w Grenoble, po 47 latach przerwy i drugi raz w historii, zdołali nas nawet pokonać, a więc spodziewaliśmy się trudnego meczu. I choć dyktowaliśmy warunki mecz nie należał do najłatwiejszych. Leszek Laszkiewicz wykorzystał przytomne podanie Pysza, a kluczem do zwycięstwa - prócz bezbłędnej postawy w bramce Mariusza Kiecy - był Andrzej Schubert. Najpierw Tkacz dobił krążek do siatki po strzale obrońcy, a wynik meczu na 3:0 ustalił gracz Bremerhaven strzałem z niebieskiej.
"Jak się nie strzela, to się nie zdobywa bramek stwierdził po. Grając 11 razy w przewadze, zdobyliśmy w tych mistrzostwach dopiero jedną bramkę. Mam nadzieję, ze przełamaliśmy się w końcu i teraz pójdzie już łatwiej. Nie jestem liderem tej drużyny, nie chcę być też kozłem ofiarnym po mistrzostwach. Po prostu gra mi się dobrze i to wszystko” – mówił po pokonaniu Madziarów Andrzej Schubert na łamach "Trybuny Śląskiej", który nie tylko dawał wiele w ofensywie, ale bezbłędnie grał w obronie.
Awans po trzech meczach
Pierwszego gola w turnieju Polacy stracili dopiero po 122 minutach gry, na początku starcia z Danią, które okazało się meczem kluczowym. Artur Ślusarczyk szybko jednak wyrównał i choć na początku drugiej odsłony rywal ponownie objął prowadzenie, to nawałnica naszego zespołu na duńską bramkę w połowie meczu przesądziła o wszystkim. Strzeliliśmy trzy gole w trzy minuty. Wyrównujące trafienie było dziełem, a jakże, Andrzeja Schuberta, który huknął w przewadze w swoim stylu.
Po trzech dniach turnieju mieliśmy na swoim koncie komplet punktów i w zasadzie mogliśmy… świętować awans do Elity! Jak to możliwe? Otóż Francuzi, czyli ci, którzy mieli uzyskać promocję w cuglach, grali na tym turnieju po prostu słabo. Zremisowali z Holendrami i sensacyjnie przegrali z Węgrami. Układ w grupie był taki, że wygrana w meczu czwartej kolejki z Litwinami dawała Polakom promocję.
„Nie wiem co powiedzieć Na pewno jest jakaś satysfakcja, że udało mi się osiągnąć to, czemu nic podołali znacznie wyżej notowani trenerzy. Po tylu latach Polska ponownie w grupie A, ale
jeszcze nie zapeszajmy... Trzeba najpierw wygrać z Litwą. Nic ukrywam, że chciałbym tez pokonać Francję, aby nikt nic mówił ze pomogli nam Węgrzy” – mówił po meczu z Duńczykami Wiktor Pysz.
Mógł zostać wicekrólem
Zapeszać nie było czego. Litwini do meczu z nami przystępowali po trzech porażkach, w tym dwóch bardzo wyraźnych. Nie mogliśmy zatem nawet się niepokoić, a co dopiero obawiać tego starcia. Tym bardziej, że Polacy podeszli do meczu odpowiedzialnie i już w 48. sekundzie prowadzenie uzyskał Leszek Laszkiewicz. To był jednak koncert w wykonaniu graczy, którzy na co dzień grali w Niemczech. Schubert, katując litewskich bramkarzy bombami z dystansu, wpisał się na listę strzelców trzykrotnie. Podobnie, jak Jacek Płachta. A dwa gole strzelił Patryk Pysz.
Triumf Polaków, pieczętujący awans do Elity po 9 latach przerwy, był zatem okazały. Wygrana 13:2 była jedyną dwucyfrówką w całym turnieju i choć biało-czerwoni byli pewni awansu, chcieli wygrać ostatni mecz z Francuzami. I śmiało mogli to zrobić, gdyby nie całkowicie stronnicza praca sędziów. Rozjemcy w sposób tak bezczelny trzymali stronę gospodarzy, że nie uznali np. całkowicie prawidłowo strzelonej bramki przez Schuberta. Któremu w ten sposób odebrano tytuł… wicekróla strzelców turnieju. Łącznie wychowanek Baildonu zdobył bowiem 5 goli. Jedno trafienie więcej zanotował Węgier Krisztian Palkovics, a 8 bramek strzelił gwiazdor reprezentacji Francji, Philippe Bozon. Sęk w tym, że obaj byli napastnikami.
Naga prawda
Andrzej Schubert, w towarzystwie Sebastiana Gonery, Tomasza Jaworskiego i Jacka Płachty, został wybrany do najlepszej szóstki turnieju. 40-letni obrońca nie chciał być liderem zespołu dlatego, by nie zostać następnie kozłem ofiarnym. Okazał się, tymczasem, asem w rękawie i bohaterem awansu. Szkoda jedynie, że nie mógł go skonsumować. Rok później, na skutek urazu i komplikacji po nim, nie mógł bowiem wziąć udziału w MŚ Elity w Szwecji. Nie było mu zatem dane zagrać w reprezentacji z Mariuszem Czerkawskim, który awansu w Grenoble nie wywalczył, choć jego Islanders byli najsłabszym zespołem NHL i nie awansowali do play offów. Zresztą Wiktor Pysz o największej wówczas gwieździe polskiego hokeja również się wówczas wypowiedział.
„Dziś mogę to powiedzieć głośno, gwiazda nie wygrywa meczu, bo o wszystkim decyduje drużyna. Wiele popsuł mi (rok wcześniej - przyp. red.) Mariusz Czerkawski i taka jest naga prawda Gdybym wówczas nie skorzystał z jego usług wszyscy by mnie zjedli groziło to wtedy nawet utratą posady. Dziś zespół jest może słabszy, ale bardziej zdyscyplinowany" – mówił jeszcze we Francji selekcjoner reprezentacji Polski.
Wyniki i kadra reprezentacji Polski na MŚ Dywizji I w Grenoble
Polska – Holandia 4:0 (1:0, 1:0, 2:0)
Bramki: Gonera, Garbocz, Słaboń, Tkacz.
Polska – Węgry 3:0 (1:0, 2:0, 0:0)
Bramki: Laszkiewicz, Tkacz, Schubert.
Polska – Dania 5:3 (1:1, 3:1,1:1)
Bramki: Ślusarczyk, Zamojski, Schubert, M. Garbocz, Płachta.
Polska – Litwa 13:2 (3:0, 4:0, 6:2)
Bramki: Schubert 3, Płachta 3, Pysz 2, Laszkiewicz, Ślusarczyk, Klisiak, Tkacz, Zamojski.
Polska – Francja 2:4 (1:0, 0:1, 1:3)
Bramki: L. Laszkiewicz, Justka.
BRAMKARZE: Tomasz Jaworski (KTH Krynica), Mariusz Kieca (GKS Tychy), Marek Rączka (Podhale Nowy Targ).
OBROŃCY: Tomasz Piątek (Unia Oświęcim), Jacek Zamojski (Unia), Tomasz Mieszkowski (ES Weisswasser/Niemcy), Sebastian Gonera (Unia), Andrzej Schubert (REV Bremerhaven/Niemcy), Krzysztof Śmiełowski (GKS Tychy), Sebastian Łabuz (Podhale).
NAPASTNICY: Jarosław Różański (Podhale), Leszek Laszkiewicz (Unia), Michał Garbocz (Unia), Patryk Pysz (Bremerhaven), Robert Kwiatkowski (GKS Tychy), Adrian Parzyszek (Unia), Waldemar Klisiak (Unia), Jacek Płachta (Schwenninger Wild Wings/Niemcy), Wojciech Tkacz (GKS Katowice), Tomasz Demkowicz (SKH Sanok), Artur Ślusarczyk (Krynica), Damian Słaboń (Krynica), Mariusz Justka (Stoczniowiec Gdańsk).
Trenerzy: Wiktor PYSZ i Marian PYSZ.
Czytaj także:
- Czas na domowe mecze. To oni będą gwizdać Polakom!
- Polski hokej w TV. Transmisja meczu Polska - Słowenia. Gdzie i o której oglądać. Link
- Ani dobrze, ani źle. Oto pozycja Polaków w tabeli. Przed nami najważniejsze starcie [TABELA]
- Polski talent po dotkliwej porażce z Kazachstanem. "Dużo błędów zrobiliśmy, ale trzeba o tym zapomnieć"
- Selekcjoner kadry po drugiej porażce. "Było więcej dobrej gry z naszej strony"

Komentarze
Lista komentarzy
kurp
Kiedyś to było! 😁