Historyczne 6:4, a potem bolesny cios. Burzliwe losy trenera reprezentacji Polski
Józef Kurek był bez wątpienia jednym z najlepszych hokeistów swoich czasów w Polsce. Później, jako trener, poprowadził biało-czerwonych do historycznego triumfu, ale trudno jest oprzeć się wrażeniu, że jego postać nie została właściwie doceniona.
Gdy mówimy o epokowych wydarzeniach polskiego sportu związanych z sukcesami w grach zespołowych, to na równi z wielkimi zawodnikami, którzy pisali historię, stawiani są trenerzy. Trudno przecież jest opowiadać o największych sukcesach naszych piłkarzy, nie wymieniając nazwisk Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka. Wspaniała siatkarska drużyna z lat 70. poprzedniego stulecia ma twarz Huberta Wagnera, a Bogdan Wenta - prowadząc szczypiornistów - dorobił się nawet własnej jednostki czasu. Teraz na absolutnym topie jest kolejny siatkarski szkoleniowiec, bo Nikola Grbić w ciągu pięciu lat pracy z biało-czerwonymi niezmiennie kolekcjonuje trofea.
Trudno w powyższym gronie szukać trenerów hokejowych, choć przecież w historii naszej reprezentacji, która liczy sobie już 100 lat, nie brakowało świetnych szkoleniowców. Jeśli przyjąć, że najbardziej spektakularnym meczem biało-czerwonych było pamiętne starcie z 1976 roku ze Związkiem Radzieckim, z mistrzostw świata w Katowicach, to najczęściej w kontekście bohaterów tamtego meczu najwięcej mówi się o Wiesławie Jobczyku, Andrzeju Tkaczu czy Mieczysławie Jaskierskim. Niewiele z kolei poświęca się miejsca temu, który poprowadził w tamtym spotkaniu nasz zespół, czyli Józefowi Kurkowi. A to przecież on był autorem wyśmienitej taktyki, która dała nam epokową wiktorię.
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest. Trener Kurek nie był ani postacią kontrowersyjną, która w niedobry sposób zapisałaby się w historii polskiego hokeja, ani też w trakcie całej swojej zawodniczej i trenerskiej kariery nie zrobił czegoś, co mogłoby skazać go na zapomnienie. Myśląc o historii naszej dyscypliny, można dojść do wniosku, że szkoleniowiec nie jest zbyt często wspominany, bo finalnie zwycięstwo z ZSRR nic nam, poza chwilową chwałą, nie dało. Spadliśmy przecież do grupy B. Ale spadaliśmy do niej wielokrotnie, bo takie było nasze miejsce w światowej hierarchii.
Bomby z klepy do perfekcji
Przygoda z hokejem Józefa Kurka zaczęła się tuż po II wojnie światowej w rodzinnej Krynicy. Co ciekawe, ta dyscyplina sportu nie była rosłemu młodzieńcowi przeznaczona, właśnie ze względu na wzrost. Był wyższy od rówieśników i wydawało się, że prędzej trafi do siatkówki lub koszykówki. Być może, gdyby urodził się gdzie indziej, to tak by się stało. Ale pod Górą Parkową niemal każdy młody człowiek uganiał się za krążkiem. Traf chciał, że talent w Józefie Kurku dostrzegł legendarny Stefan Csorich, który krótko wcześniej wrócił ze Szkocji po służbie u gen. Stanisława Maczka. Wciąż czynny zawodnik, a także trener, stwierdził, że chłopak o trochę nietypowych jak na hokeistę parametrach fizycznych ma duży talent.
Skoro tak uważał "Papa" we własnej osobie, to trudno było zaprzeczyć. Niewiele później okazało się, że jeden z budowniczych polskiego hokeja po wojnie miał rację. Kurek pierwsze kroki stawiał oczywiście w KTH, a w 1954 roku, na krótko, trafił do Bydgoszczy w związku z koniecznością odbycia służby wojskowej. Trafił do OWKS-u, bo pod taką nazwą chwilowo funkcjonował Zawisza, ale szybko okazało się, że pragnie go mieć inny z wojskowych klubów, również występujący wówczas pod inną nazwą, czyli Legia Warszawa. "Długopis" lub "Antena", bo tak ze względu na wzrost (ok. 183 cm) nazwali go kibice, przyjechał zatem do stolicy i stał się bożyszczem kibiców stołecznego klubu.
Z Legią sięgnął po siedem tytułów mistrza Polski, a także pięć razy stanął na drugim stopniu podium krajowego czempionatu. W 303 meczach ligowych aż 200 razy trafił do siatki. Razem z Bronisławem Gosztyłą i Józefem Manowskim tworzył najlepszy ligowy atak. Bywał w czołówce klasyfikacji najlepszych strzelców i punktujących, choć - co ciekawe - nigdy, a w lidze występował do 1969 roku, żadnej z nich nie wygrał. Jakie były jego największe atuty? Bez wątpienia znakomita jazda na łyżwach, którą zachwycali się nawet radzieccy trenerzy, a także twardy i nieustępliwy charakter. Ponadto do perfekcji opanował strzał z klepki i, jak się mówi, był pierwszym hokeistą w Polsce, który uczynił z niego tak mocny atut. Gdy pod koniec kariery występował w obronie, nękał bramkarzy bombami spod niebieskiej, które były nie tylko mocne, ale również bardzo precyzyjne. Wcześniej na polskich lodowiskach w taki sposób nie strzelał nikt.
Premiera skończyła się klapą
Zrozumiałe, że w związku z nadzwyczajnymi umiejętnościami Józef Kurek był kluczową postacią reprezentacji Polski na przestrzeni ponad dekady. Debiutował w drużynie narodowej jeszcze jako gracz KTH, w 1953 roku. Ostatni mecz rozegrał trzynaście lat później. W biało-czerwonych barwach wystąpił dwa razy na ZIO: w Cortina d'Ampezzo i Innsbrucku. Pewnie grałby również w Squaw Valley w 1960 roku, ale tam Polacy, ze względu na wysokie koszty podróży, nie pojechali. Ponadto Józef Kurek wystąpił aż 7 razy w MŚ. Najlepsze miejsce z nim w składzie zajęli Polacy w Moskwie w 1957 roku, kiedy to finiszowali na szóstym miejscu. Na wielkich turniejach „Długopis” zagrał 40 meczów i strzelił 24 gole, a łącznie wystąpił w reprezentacji 103 razy i 50-krotnie wpisał się na listę strzelców. Inne dane mówią nawet o 54 trafieniach. Na pewno przez pewien czas Kryniczanin był najlepszym strzelcem w dziejach naszej drużyny narodowej.
W 1974 roku Kurek został asystentem selekcjonera reprezentacji Polski, Anatolija Jegorowa, i w tej roli dwukrotnie cieszył się z piątego miejsca biało-czerwonych na turniejach mistrzostw świata grupy A. Były to najlepsze występy naszego zespołu na światowych czempionatach po II wojnie światowej i nic dziwnego, że kibice ostrzyli sobie zęby na 1976 rok, bo nasi najpierw mieli zagrać na ZIO w Innsbrucku, a później - w roli gospodarza - wystąpić na MŚ w Katowicach. Jegorow, który i tak znacznie ponad obowiązujące w ZSRR przepisy przedłużył pobyt w Polsce, musiał w końcu wracać do kraju, ale namaścił poniekąd Kurka na swojego następcę.
Również dlatego, bo "Antena" - podobnie jak Jegorow - nie doszukiwał się w hokeju kwadratowych jaj. Był zwolennikiem bardzo ciężkiej pracy na treningach, typowo radzieckiej szkoły, która następnie oddawała podczas meczów. "Pot musi lecieć po cynaderkach" – było jednym z ulubionych powiedzonek Józefa Kurka, a ci zawodnicy, którzy mocno pracowali podczas zajęć, mogli liczyć na miejsce w drużynie. Ale pierwszy turniej pod wodzą nowego selekcjonera, czyli ten olimpijski, zakończył się klapą. Pojawiły się zarzuty o to, że szkoleniowiec przetrenował zawodników, a do tego podjął złe decyzje personalne. Na dodatek atmosfera w zespole była bardzo zła, a w takich okolicznościach o nieszczęście nietrudno. Polacy wprawdzie zajęli 6. miejsce, ale w fazie finałowej przegrali wszystkie spotkania wyraźnie, m.in. aż 1:16 ze Związkiem Radzieckim.
Pożegnanie w Tokio
Kurek, honorowo, podał się do dymisji, ale nie została ona przyjęta. W związku z tym dokonał zmian w kadrze. Do drużyny na MŚ nie załapali się m.in. Walery Kosyl i Tadeusz Obłój, a selekcjoner postanowił odkurzyć 35-letniego Józefa Stefaniaka i oprzeć na nim łódzką piątkę, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Przed premierowym meczem katowickich mistrzostw trener powiedział jedynie swoim podopiecznym, że muszą zapomnieć o klęsce w Innsbrucku, a jedynym sposobem, by spróbować osiągnąć w miarę korzystny rezultat w starciu z „Czerwoną Maszyną”, jest konsekwentna i charakterna gra przez cały mecz. Tak właśnie, jak już doskonale wiemy, zagrali Polacy i wygrali 6:4.
Gdy po latach trener Kurek wspominał katowicki czempionat, chyba bardziej niż dumę po historycznym triumfie odczuwał niedosyt związany z tym, co wydarzyło się w ostatnim spotkaniu, przeciwko drużynie RFN-u. 21 sekund zabrakło bowiem naszej ekipie do utrzymania się w grupie A i zajęcia znakomitego, piątego miejsca w mistrzostwach świata. Porażka 1:2 oznaczała jednak spadek, lecz warto zaznaczyć, że z 10 rozegranych w Spodku meczów nasz zespół przegrał tylko połowę. Trzy spotkania wygraliśmy, prócz z ZSRR, dwukrotnie z NRD, i dwa razy remisowaliśmy z Finami. Nigdy po II wojnie światowej nie skończyliśmy w gronie najlepszych turnieju z tak dobrym bilansem.
Po katowickich mistrzostwach Józef Kurek pozostał na stanowisku selekcjonera z zadaniem wprowadzenia drużyny ponownie do grupy A. W 1977 roku Polacy udali się na turniej do Tokio, a ich najgroźniejszymi konkurentami w rywalizacji o powrót do elity mieli być gracze NRD. Oba zespoły dość pewnie wygrywały mecze, aż w czwartej kolejce nasze marzenia zostały brutalnie zweryfikowane. Niemcy ze Wschodu ograli nas bowiem aż 7:1, a gdy w ostatniej serii gier pokonali 5:0 Japończyków, notując siódme zwycięstwo i pieczętując awans, nasi na mecz z Jugosławią wyszli już bez szans na promocję i przegrali z Jugosławią 4:6. To był ostatni mecz Józefa Kurka na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski.
Szkoleniowca rodem z Krynicy zastąpił Slavomír Bartoň, ale kilka lat później - po igrzyskach olimpijskich w Sarajewie - władze PZHL-u zaproponowały Kurkowi powrót na stanowisko selekcjonera drużyny narodowej. Zgodził się i pierwotnie zastąpił Emila Nikodemowicza, a jego asystentem miał być Leszek Lejczyk. Ale w sierpniu 1984 roku, z przyczyn, które do dziś nie ujrzały światła dziennego, nie pojawił się na zgrupowaniu w Zakopanem. Zadzwonił tylko do trenera Lejczyka, którego świetnie znał jeszcze z czasów zawodniczych, że rezygnuje z pracy z reprezentacją. Obiecał, że wyjaśni wkrótce swoją decyzję, ale nigdy tego nie zrobił.
Czytaj także:
- Już jest! Hokejowy Niezbędnik Kibica 2026/2027 trafił do sprzedaży. Wysyłka ruszyła!
- Są w życiu ważniejsze sprawy. Doświadczony obrońca odchodzi z Sanoka. Co dalej z jego karierą?
- Ostro potraktował rywala i dostał karę meczu. Jest decyzja w sprawie gracza Zagłębia
- Kolejna porażka GieKSy i mocne słowa kluczowego zawodnika. "To nie może tak wyglądać"
- Komisarz THL podjęła decyzję. Chodzi o zawodników Cracovii

Komentarze