Hokej.net Logo

Niebywałe! Ksiądz zagrał w meczu polskiej ligi

Niebywałe! Ksiądz zagrał w meczu polskiej ligi

Gdy w 28. minucie starcia Naprzód Janów – Podhale Nowy Targ przekonano księdza Pawła Łukaszkę, by wszedł na lód, ten zamiast do swojej, pojechał do bramki, w której... stał Andrzej Hanisz.

Gdyby ta historia wydarzyła się np. w Kanadzie lub w innym, bardziej hokejowym kraju niż Polska, to można postawić dolary przeciwko orzechom, że jej bohater byłby postacią powszechnie znaną i z całą pewnością nakręcono by o nim przynajmniej pełnometrażowy film fabularny. A kto wie, czy o przeniesienie losów hokeisty – księdza na szklany ekran nie pokusiłaby się któraś z popularnych platform. Z drugiej strony jednak może to i dobrze, że żyjemy w Polsce, bo przynajmniej ks. Paweł Łukaszka, postać niezwykle skromna i sympatyczna, ma po prostu święty spokój. Oczywiście w środowisku hokejowym nie jest postacią anonimową, a na spotkanie i wspomnienia o czasach, gdy bronił hokejowej bramki, zgadza się bardzo chętnie.

W Korzkwi, nieopodal Krakowa, gdzie pełni posługę duszpasterską, będąc proboszczem parafii Parafia pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela, kościół położony jest na stromym wzgórzu, a po drugiej stronie drogi znajduje się plebania. Wioskę, której populację szacuje się na ok. 200 mieszkańców, opływa potok Korzkiewka. Jest malowniczo, szczególnie zimą, choć właśnie z uwagi na to, że pora roku tradycyjnie zaskoczyła drogowców, docieramy na miejsce spóźnieni. Ksiądz Paweł ze względu na obowiązki nie ma zbyt wiele czasu, ale wita się z nami serdecznie, zaprasza do pokoju gościnnego i serwuje pyszną kawę. Rogalików autorstwa jednej z parafianek, polanych lukrem i wspaniale smacznych, jak się później okaże, nie zdążymy skosztować, ale nic straconego. Dostaniemy je na wynos. Po kilku wymienionych zdaniach zgodnie dochodzimy do wniosku, że trzeba będzie się spotkać raz jeszcze. A o hokeju nie zdążyliśmy jeszcze zamienić słowa.

Bo okazuje się np., że moja, w Jastrzębiu-Zdroju, i księdza macierzysta parafia, w Nowym Targu, noszą to samo wezwanie – św. Katarzyny. Przy okazji wychodzi na jaw, że wcale nie jest tak, że ksiądz Paweł nie interesuje się hokejem, choć w rozmowie telefonicznej przekonywał, że ze sportem nie ma już wiele wspólnego. Doskonale bowiem wie, że to JKH GKS Jastrzębie wywalczył Puchar Polski. Gdy ksiądz dopytuje o szczegóły, hokejowy demon, choć to może określenie niezbyt fortunne, mamy przecież na myśli osobę duchowną, wypełza. Zresztą na ścianie wisi bluza Podhala, którą otrzymał na rocznicę 25-lecia kapłaństwa. Jest też zdjęcie najmłodszych hokeistów "Szarotek", a na półce książki: "Historia polskiego hokeja" Władysława Zieleśkiewicza i "75 lat Szarotek" Andrzeja Godnego i Stefana Leśniowskiego. Wszystkim tym sportowym akcentom przygląda się z portretu św. Maksymilian Maria Kolbe.

Miał być tylko na rezerwie

Interesuje nas wiele rzeczy, ale tym razem poznamy tylko jedną, za to niesamowitą historię. Tak niesłychaną, że naprawdę trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę. Chodzi o pamiętny mecz w Janowie, w którym Paweł Łukaszka wystąpił już jako... wyświęcony ksiądz! Był wrzesień 1990 roku właśnie rozpoczął się ligowy sezon. Oddajmy zatem głos głównemu bohaterowi tej opowieści.

– W Podhalu nie było trzeciego bramkarza. Takiego, który byłby gotowy do gry. Wiadomo, że w ekstralidze powinno być trzech zgłoszonych golkiperów. Juniorzy nie byli jeszcze przygotowani, a w pierwszej drużynie byli Marek Batkiewicz i Włodek Krauzowicz. W Podhalu grał wtedy mój brat, Andrzej, i tak się jakoś stało, że mnie poprosili. Wtedy jeździłem na treningi z oldbojami, w Nowym Targu, Oświęcimiu czy w Krakowie. Miałem więc sprzęt i jakiś kontakt z hokejem. Czasami też chodziłem na mecze. W Podhalu uznano, że nawet jeśli będę tylko na rezerwie, to będzie to wystarczające. Powstał wówczas taki reportaż, autorstwa red. Andrzeja Szeląga, pt. „Kuszenie księdza Pawła”. Poszło to nawet w pierwszym programie Telewizji Polskiej. Zgodziłem się i to był... wielki mój błąd? – opowiada o okolicznościach tej fascynującej historii ksiądz Paweł.

Zaznaczyć należy, że wspomniany przez księdza reportaż został wyemitowany wcześniej, dokładnie 7 stycznia 1990 roku, bo już w sezonie 1989/90 Łukaszka zgłoszony do rozgrywek, choć wówczas nie pojawił się na lodzie. Pytamy jednak, dlaczego dziś, po ponad 35 latach od tamtych wydarzeń, nasz bohater uważa to, że uległ namowom za błąd.

– Po pierwsze - byłem księdzem. Ćwiczyłem raz na dwa tygodnie, czasami raz na tydzień. A tutaj miałem wyjść i rywalizować z zawodowcami. Coś takiego nie mogło mieć miejsca. Co innego gra w oldbojach, dla zabawy. A co innego rywalizacja z profesjonalnymi sportowcami, którzy codziennie trenują. Naprawdę nie uważałem, że mogę wejść do bramki – wyjaśnia.

Wszelki wypadek zawsze nastąpi

Dodajmy, że Paweł Łukaszka zgodził się na to, by zostać wpisanym do kadry zespołu i zgłoszonym do rozgrywek, na wszelki wypadek. Nie zakładał, że będzie mu dane wrócić na lód. Po raz ostatni w ligowych zmaganiach brał udział w sezonie 1980/81. W lipcu 1981 roku, w wieku 19 lat, wstąpił do seminarium Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i od tamtej pory hokej uprawiał jedynie rekreacyjnie. Ale, jak to zwykle bywa, nie tylko w sporcie, ale też w życiu, jeśli zgodzisz się na coś „na wszelki wypadek”, to ten „wszelki wypadek” nastąpi. I dokładnie tak było w przypadku Pawła Łukaszki.

– To był mecz w Janowie z Naprzodem. Włodek Krauzowicz zachorował i zabrali mnie na to spotkanie. Nie miałem wtedy samochodu, więc po mnie przyjechali. Mecz zaczął Marek Batkiewicz, prowadziliśmy nawet 2:0, ale zrobiło się 3:2 dla Naprzodu po pierwszej tercji. Mówią do mnie, żebym wszedł na lód. Ja powiedziałem, że absolutnie na taflę nie wyjdę. Mój brat, a także asystent trenera, Jan Kudasik, próbowali mnie przekonywać. Mówili: „Paweł, wyjdziesz na lód.” A ja stanowczo odmawiałem. W końcu, po piątej straconej bramce już w II tercji, do boksu podjechał Marek Batkiewicz. Rzucił mi rękawice i mówi: „Księże, ja już nie będę bronił.” Zdębiałem, bo Marek był kandydatem na pierwszego bramkarza reprezentacji i kilka lat później zdobył „Złotego Kija” Sportu, jako jeden z nielicznych bramkarzy w tamtych latach. Zresztą Marka i Włodka sam trenowałem, przyjeżdżali do mnie na parafię do Brzeszcz, na treningi  wspomina ksiądz Paweł.

A zatem w 28. minucie spotkania, przy prowadzeniu Naprzodu Janów 5:2, bramka nowotarska opustoszała. Nasz bohater nie miał zatem wyjścia.

– Cóż, w końcu ubrałem maskę i zamiast jechać do swojej bramki, to pojechałem w stronę... Andrzeja Hanisza, który stał w bramce Naprzodu. Ludzie na trybunach byli w szoku. Mecz oglądali m.in. moi koledzy z hokejowej przeszłości, Heniu Wojtynek i Heniu Janiszewski, z którymi byłem na igrzyskach w Lake Placid. Uświadomiłem sobie wtedy, co ja tutaj robię? Na początku czułem się, jakbym był cieniem, powietrzem, duchem. Pierwszy strzał – dobrze, że nie trafili w bramkę, bo od razu bym wpuścił. Z czasem jednak trema odeszła. Poczułem się, jakby łuski ze mnie opadły. Obroniłem jeden, drugi strzał. Później kolejny, zagrałem kijem, podałem. Czułem się, jak kiedyś – opisuje emocje sprzed ponad trzech dekad.

Nadprzyrodzone siły nie pomogły

Paweł Łukaszka w starciu z Naprzodem wpuścił dwa gole. Pod koniec drugiej i na początku trzeciej tercji. Pokonali go Krzysztof Bujar i Dariusz Olejowski. Należy jednak zaznaczyć, że fragment spotkania, w którym bronił bramki Podhala, jego zespół zremisował 2:2.

– Ksiądz Paweł Łukaszka, były zawodnik Podhala, postanowił w trudnej sytuacji wspomóc swoich kolegów i znów zjawił się w hokejowym boksie. Kiedy w czasie meczu Naprzód – Podhale młody Marek Batkiewicz przepuścił krążek po raz piąty do siatki, nastąpiła zmiana bramkarzy. Paweł Łukaszka bronił z dużym wyczuciem i szczęściem, ale dwukrotnie uznał wyższość napastników z Janowa – relacjonował mecz na łamach "Trybuny Śląskiej" red. Włodzimierz Sowiński, do dziś zajmujący się hokejem w katowickim "Sporcie".

To, że golkiper Podhala, stojący w bramce od 28. minuty aż do końca meczu spisywał się naprawdę dobrze, potwierdza sam zainteresowany.

– Nikt za ten występ nie miał do mnie żadnych pretensji. Mało tego, mówili, że jeszcze mógłbym wrócić do regularnej gry, choć ja sam, mimo iż obroniłem sporo strzałów, wiedziałem, że to była parodia z mojej strony. Po meczu odwieziono mnie na plebanię do Wadowic. Wyszedł jeden z kolegów księży i mówi do mnie, że w Panoramie o mnie mówili. Sprawdzałem to później i rzeczywiście padło coś takiego: „Podhale przegrało w Janowie. Nadprzyrodzone siły księdza Pawła Łukaszki nie pomogły –uśmiecha się ksiądz Paweł.

Co było dalej? Do końca sezonu Łukaszka jeszcze czterokrotnie pojawił się na lodzie, choć żaden z późniejszych meczów nie zapadł mu tak głęboko w pamięć, jak starcie w Janowie właśnie.

– Powiedziałem, że już nigdy w życiu nie wyjdę na lód, by zagrać w meczu ligowym. Byłem na rezerwie w kilku meczach, no i... pojawiłem się w bramce na krótko, w jakimś spotkaniu, który przegraliśmy 2:4. Ale gola nie wpuściłem. Jestem jednak zdania, że choćby nie wiem, co się działo, ksiądz nie powinien występować w sporcie zawodowym. To są zupełnie inne relacje. Co innego w oldbojach, gdzie jest serdeczność i miła atmosfera. Nie chodzi już nawet o to, że profesjonaliści dostają za to pieniądze, ja oczywiście nigdy za to pieniędzy nie wziąłem. Ale tutaj jest rywalizacja, wyczyn, walka o zwycięstwo – kończy tę historię nasz bohater.

A nam, zasłuchanym, w tę niezwykłą opowieść, żal, że to już koniec. Na szczęście ksiądz Paweł, do którego z chęcią wrócimy, bo też obiecał, że z chęcią ponownie nas ugości, opowieści ma wiele. Którymi z przyjemnością podzielimy się z naszymi Czytelnikami.

 

21 września 1991 r.

Naprzód Janów – Podhale Nowy Targ 7:4 (3:2, 3:1, 1:1)

Bujar (10, 40), Adamiec (15,22), Czypionka (16), Olejowski (43) – Misterka (3), Ruchała (6), Zamojski (35), Puławski (60).
Sędziowali: Hejnowicz (Toruń) oraz Macioł i Warzecha (obaj Katowice). Widzów 1000.

NAPRZÓD: Hanisz; Krzoska, Gonera; Czapka, Adamiec, Bujar – Kozieł, Patalong; Pohl, Olejowski, Koszowski – Kusiak, Grabara; Czypionka, Gomułka, Czakański. Kary: 10 min.

PODHALE: Batkiewicz (od 28. min. Paweł Łukaszka); Zamojski, R. Szopiński; Tomasik, Wronka, J. Szopiński – Sroka, Fryźlewicz; Hajnos, Ziemczenko, Misterka – Puławski, Książkiewicz; Ruchała, Kubowicz, A. Łukaszka; Szal, Słowakiewicz. Kary: 14 min.

Czytaj także:

Liczba komentarzy: 7

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zaloguj się do swojego konta!
Lista komentarzy
  • bolo73
    2026-03-08 14:37:08

    Piękna historia i piękna postać - gdyby nie powołanie to zapewne Ks. Paweł osiągnąłby wiele w hokeju. Pozdrawiam

    • szop
      2026-03-08 17:22:02

      Montreal Canadiens go chcial

    • Luque
      2026-03-08 17:39:39

      Szop Ty chyba jesteś antykościelny, a tu takie zainteresowanie z Twojej strony ;)

    • szop
      2026-03-08 20:31:37

      Luq jestes madry chlopak i to ze nie wierze w instytucje kosciola w Polsce (minela sie z celem) nie znaczy ze nie wierze jedno nie wyklucza drugiego a Montreal co rok wysylal dla ksiedza sprzet w latach 90 z tego co mi wiadomo

  • kaznodzieja
    2026-03-08 17:24:09

    Poznałem osobiście. Świetny facet 👍

    • szop
      2026-03-08 20:27:33

      do Nas chodzil na treningi i bronil swietny czlowiek potwierdzam

  • PanFan01
    2026-03-08 20:32:50

    Dane mi było kilka razy rozmawiać z księdzem Pawłem, raz nawet dłuższą chwilę ... miał do wyboru dwa kontrakty, jeden w NHL, a drugi u Pana Boga, wybrał u Pana Boga ... piękna postać, wspaniały ksiądz i człowiek.

© Copyright 2003 - 2026 Hokej.Net | Realizacja portalu Strony internetowe