Ernest Wilimowski, pomijając kwestie pozasportowe, był znakomitym piłkarzem. Ale całkiem nieźle radził sobie też z kijem i krążkiem. Występował w Pogoni Katowice i w reprezentacji Śląska, a goli Cracovii nie strzelał wyłącznie na zielonej murawie.
Ernest Wilimowski to postać, która wśród kibiców piłkarskich nadal budzi sporo emocji. Dla jednych jest zdrajcą, dla innych legendą. Według oficjalnych źródeł - i tego nic już nie zmieni - jako pierwszy piłkarz w historii mundiali strzelił cztery gole w jednym meczu i jest jedynym człowiekiem w dziejach, który czterokrotnie w jednym spotkaniu trafił do siatki Brazylii. Wprawdzie dziennikarskie śledztwo, które po latach podjął śp. Leszek Jarosz, a także tekst przez niego napisany, poddaje w wątpliwość tamto niezwykłe osiągnięcie, lecz nie zmienia to faktu, że "Ezi" piłkarzem był wybitnym.
Niemal w każdej notce biograficznej Wilimowskiego znajdujemy informację o tym, że uprawiał też inne sporty. Jeździł na nartach, podobno znakomicie, grywał w szachy, a także w piłkę ręczną i w hokeja na lodzie. Jeśli idzie o ostatnią z wymienionych dyscyplin, to w przedwojennej prasie rzeczywiście można trafić na wzmianki dotyczącej hokejowej części sportowego życiorysu "Eziego".
Na łamach gazety "Siedem groszy" z 1 lutego 1934 roku czytamy, że Ernest Wilimowski, wówczas niespełna osiemnastoletni, wystąpił w meczu, w którym drużyna Pogoni Katowice, której był zawodnikiem, zmierzyła się z Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej (w tym samym roku organizacja ta została przekształcona w Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej) Panewnik i wygrała 3:2. Pogoń, przedstawiana jako mistrz śląskiej klasy B, wygrała 3:2 i wynik ten uznano za bardzo duży sukces... pokonanego zespołu. Wilimowski natomiast znalazł się wśród zawodników, którzy wyróżniali się w tym meczu.
Na środku napadu
W tym samym roku, ale w przededniu następnej zimy, czyli pod koniec listopada, natrafiamy na relację z meczu, który rozegrano na katowickim Torkacie. W stolicy Górnego Śląska gościła Cracovia. O wyższości w wyszkoleniu i umiejętnościach zespołu spod Wawelu świadczy wynik. „Pasy” wygrały 9:1, a "Ilustrowany Kuryer Codzienny” zauważył, że w drużynie mistrza śląskiej kasy B zagrał zawodnik znany bardziej z piłkarskich boisk.
Pogoń wystąpiła w zwykłym składzie ze znanym piłkarzem Wilimowskim na środku napadu – napisano o meczu, które rozegrano w sobotę, 10 listopada wieczorem, przy sztucznym oświetleniu.
Co ciekawe wydarzyło się to równo tydzień po ostatnim meczu Ruchu Wielkie Hajduki w... piłkarskiej rywalizacji ligowej. Którą „Niebiescy” wygrali w cuglach, broniąc w wielkim stylu tytułu mistrza Polski. W zespole tym znajdował się nie kto inny, tylko Wilimowski właśnie. Mało powiedziane, "Ezi" - w swoim debiutanckim sezonie w barwach Ruchu - był wyśmienity. Został królem strzelców ekstraklasy, zdobywając 34 gole w 21 występach. To drugi wynik w historii najwyższego poziomu rozgrywkowego w naszym kraju. Więcej bramek w pojedynczym sezonie strzelił tylko Henryk Reyman, z Wisły Kraków, który w inauguracyjnych rozgrywkach sezonu 1927 zdobył 37 goli. Co ciekawe legendarny gracz "Białej gwiazdy" w 1931 roku był kierownikiem reprezentacji Polski podczas pamiętnych mistrzostw świata w Krynicy.
Wilimowski, w meczu, w którym Ruch pieczętował mistrzostwo Polski i na stadionie na Kalinie pokonał 3:1... Cracovię, strzelił jedną z bramek. Mało tego, w 1934 roku zdążył zadebiutować, rozegrać 5 meczów i strzelić 3 gole w barwach reprezentacji Polski.
I po tym wszystkim, jak gdyby nigdy nic, wyszedł na taflę Torkatu, by pograć w hokeja. Na lodzie w przeciwieństwie do zielonej murawy, lepsze okazały się Pasy, wygrywając wysoko, ale jedynego gola dla Pogoni strzelił w tym spotkaniu, a jakże, Ernest Wilimowski. W drugiej tercji "Ezi" zmniejszył straty katowickiego zespołu na 1:5. W trzeciej odsłonie Cracovia rozwiała wszelkie wątpliwości. Nie było ich również trzy lata później, w listopadzie roku 1937. Znów w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” natrafiamy na relację z meczu towarzyskiego pomiędzy Pogonią, a Cracovią. Ponownie na Torkacie lepsze okazały się Pasy. Tym razem Wilimowski na listę strzelców się nie wpisał, bo do siatki nie trafił żaden z graczy górnośląskich. Zespół spod Wawelu wygrał 9:0.
Nie był bramkarzem
Oba te mecze zadają kłam pewnej informacji, która w kontekście hokejowych przygód Ernesta Wilimowskiego się pojawia. Otóż tak, jak na piłkarskim boisko, tak i na lodowej tafli "Ezi" był środkowym napastnikiem. A nie bramkarzem, bo taką wzmiankę możemy znaleźć w niektórych jego biogramach. Na dowód tego zajrzyjmy do sprawozdania z meczów o awans do turnieju finałowego mistrzostw Polski w tym samym, 1937 roku, ale rozgrywanych wcześniej, bo pod koniec stycznia. Pogoń Katowice mierzyła się w nich z Czarnymi Lwów, aktualnym mistrzem Polski. Ekipa ta po tytuł sięgnęła w 1935 roku. Rok później – ze względu na pogodę i przygotowania reprezentacji do występu w IO w Garmisch-Partenkirchen – medali nie rozdano.
W pierwszym spotkaniu, na Torkacie, katowiczanie sprawili sporą sensację, wygrywając 3:1. W bramce Pogoni kapitalnie spisywał się Kaszny, a nieźle spisał się drugi atak, choć...
– Wilimowski, aczkolwiek powolny, był graczem pożytecznym – czytamy, a następnie dowiadujemy się, że jeden z zawodników pierwszego ataku, Górecki, doznał kontuzji jeszcze w pierwszej tercji i zastąpił go Ernest Wilimowski właśnie. W trzeciej odsłonie, z kolei, "Ezi", po zajściu z Czyżewskim z Czarnych, "trafia za bandę", czyli dostaje karę. Górecki wraca do gry i wypracowuje bramkę na 2:0 dla Pogoni. Czarni łapią kontakt na 2:1, a w końcówce meczu gwiazda piłkarskich boisk - Wilimowski po zakończeniu sezonu 1936, mimo dyskwalifikacji, ma na swoim koncie trzy tytuły mistrza Polski z Ruchem i 60 goli w 43 meczach w ekstraklasie, znów zostaje ukarany przez sędziego! Zdaniem dziennikarza "Polski Zachodniej" arbiter tego spotkania, pan Osiek z Krakowa, nie prowadził spotkania dobrze.
Skąd my to znamy?
„Sędziego p.Osieka (czy Ośka?) widzieliśmy po raz pierwszy; mamy nadzieję, że również po raz ostatni.” - pisze redaktor, którego personalia są zakonspirowane i kryją się pod pseudonimem, który brzmi niczym kryptonim, „Mgr. C.” Cóż, kimkolwiek był ów sprawozdawca, trzeba uwierzyć na słowo i szepnąć w duchu do naszych przodków, że doskonale ich rozumiemy.
Pogoń Katowice, w rewanżowym meczu we Lwowie, przegrała z Czarnymi 0:4 i nie awansowała do turnieju finałowego mistrzostw Polski. Tak sztuka zresztą nigdy drużynie Ernesta Wilimowskiego się nie udała. Przypomnijmy, że pierwszym katowickim finalistą krajowego czempionatu był Dąb, który w 1939 roku zdobył złoty medal. W barwach tego klubu występował m.in. Herbert Urzoń, zapisywany także jako Ursoń, który do Dębu przeniósł się z Pogoni. Zdarzało się, że występował z Wilimowskim w jednym ataku. Nie tylko, co ciekawe, w barwach klubowych, ale też w reprezentacji Śląska.
W grudniu 1937 roku do Katowic przyjechali Szwedzi. Była to w zasadzie klubowa drużyna AIK-u Sztokholm, która umówiła się z naszymi działaczami na rozegranie dwóch spotkań. Najpierw jako reprezentacja Szwecji, zawodnicy AIK-u w istocie stanowili drużynę narodową, zmierzyła się z Polską, a dzień później – oba mecze rozgrywano oczywiście na Torkacie – jako drużyna Sztokholmu zagrała z reprezentacją Śląska. Hokeiści „Trzech koron” nie należeli w tamtym czasie do największych potęg. Kilka miesięcy wcześniej, na mistrzostwach świata w Londynie, biało-czerwoni wygrali z nimi 3:0. Polacy turniej w Londynie skończyli na ósmym miejscu. Pięterko wyżej od Szwedów.
Razem z kadrowiczami
Najpierw, w oficjalnym starciu międzypaństwowym, które miało stosowną oprawę, a mecz transmitowano w radiu, choć jakość była tak fatalna, że nikt nic nie rozumiał, padł wynik 2:2. Następnego dnia Szwedzi, w tym samym zestawieniu, zmierzyli się z reprezentacją Śląska. Tutaj skład różnił się, ale nie za bardzo. W obu meczach zagrali bowiem, obok wspomnianego Urzonia, Mieczysław Kasprzycki, Witalis Ludwiczak, Edmund Zieliński i Mieczysław Burda. Doszło do zmiany w bramce. Józefa Stogowskiego zastąpił Kazimierz Tarłowski. To kolejny zawodnik, który w swojej karierze Pogoń Katowice zamieni na Dąb. Wspomniany Stogowski, najlepszy polski bramkarz przedwojnia, miast łapać krążki mecz Sztokholm – Śląsk poprowadził jako arbiter.
W gronie najlepszych polskich hokeistów, w barwach reprezentacji Śląska, wystąpił – w drugim ataku, z Urzoniem i Góreckim - Ernest Wilimowski. Redaktor, tym razem o jeszcze bardziej tajemniczym kryptonimie "k", trochę nie mógł się zdecydować w ocenie występu śląskich hokeistów. W jednym miejscu pisze, że oba ataki zagrały słabo, a w drugim, że pierwszy z nich był dobry, a drugi zły. Wyjątkowo konsekwentny był jednak w ocenie zawodnika, który siedem miesięcy później zagra epicki mecz przeciwko Brazylii, na zielonej murawie, rzecz jasna, na mundialu we Francji. Wytknął bowiem dziennikarz "Eziemu", że był w gronie zawodników, którzy nie wykorzystali wielu wyśmienitych okazji bramkowych. W ogólnym podsumowaniu napisał, że wielka gwiazda Ruchu Wielkie Hajduki zawiodła na tafli zupełnie.
Śląsk przegrał ze Sztokholmem 2:3, a w relacji potwierdzono, że tacy zawodnicy, jak Burda, Zieliński czy Urzoń to hokeiści, którzy powinni występować w reprezentacji państwowej. Nawet jeśli "Ezi" za występ przeciwko Sztokholmowi został w prasie skrytykowany, to wcale nie był daleko od tego, skoro z takimi zawodnikami grał, by również wystąpić nie tylko w piłkarskiej, ale też w hokejowej reprezentacji Polski. Choć trzeba przyznać, że podobna praktyka była stosowana, to miała miejsce wcześniej, w latach 20. poprzedniego stulecia. W obu drużynach narodowych oglądano np. Aleksandra Tupalskiego i Wacława Kuchara. Wilimowski w hokejowej reprezentacji nigdy nie zagrał.
Nie wiadomo również nic o tym, by w późniejszych latach swojej kariery piłkarskiej, Ernest Wilimowski kontynuował przygodę z hokejem. Nie ma jednak wątpliwości, że pod względem ruchowym "Ezi" musiał być niezwykle uzdolniony, skoro w hokeja, który przecież koordynacji wymaga znakomitej, radził sobie całkiem nieźle.
Czytaj także: