Polak zniknął bez śladu po MŚ! Mroczna tajemnica kadrowicza
Choć Leopold Warzecha przyszedł na świat nieopodal Nowego Targu, to w hokeja nauczył się grać w Czechosłowacji. W naszej drużynie narodowej wystąpił zaledwie sześć razy, zaliczył start na mistrzostwach świata, a co stało się z nim później? Istnieją jedynie niepotwierdzone informacje, między innymi taka, że… utonął w Dunaju.
W dziejach polskiego hokeja znajdziemy wiele niesamowitych, szalenie ciekawych historii. Wśród nich nie brakuje również takich, które są niestety niekompletne, brakuje w nich znaczących faktów i choć staramy się robić wszystko, by je ustalić, to czasami okazuje się to po prostu niemożliwe. Bez kwestii jedną z takich historii jest ta opowiadająca o hokeiście, który w latach 70. mógł stać się czołowym graczem reprezentacji Polski, bo na pewno miał ku temu zarówno odpowiednie umiejętności, jak i duży potencjał. Mowa o Leopoldzie Warzesze, bez wątpienia jednej z najbardziej tajemniczych postaci wśród reprezentantów Polski.
Nasz bohater przyszedł na świat w 1955 roku w Lipnicy, nieopodal Nowego Targu, a zatem wszystko, skoro mówimy o hokeiście, zaczyna się raczej standardowo. Nie ma wprawdzie pewności, czy chodzi o Lipnicę Wielką czy Małą – te dwie miejscowości znajdują się niedaleko od siebie – ale w całej historii akurat ten niewyjaśniony do końca szczegół nie ma większego znaczenia. Bo oto zaledwie kilka lat później pojawia się ważniejszy konkret. Warzecha, w wieku sześciu lat, przeniósł się z rodziną do Karwiny, leżącej wówczas w Czechosłowacji. Fakt ten da się w stopniu zbliżonym do rzeczywistości wyjaśnić.
Otóż w Karwinie i w jej okolicach, jeszcze w XIX wieku, pojawiło się wielu przyjezdnych z Galicji, również z okolic Nowego Targu, którzy szukali lepszej przyszłości pracując w tamtejszych kopalniach. Przypomnijmy, że w tamtych czasach Podhale było częścią Królestwa Galicji i Lodomerii, Karwina należała do Księstwa Cieszyńskiego, a oba te twory wchodziły w skład Austro-Węgier. Zarówno zatem mieszkańcy Nowego Targu, jak i Karwiny, ale też Budapesztu, Wiednia i Zagrzebia, byli obywatelami tego samego kraju. Być może zatem rodzina Warzechów kilkadziesiąt lat później miała na Zaolziu krewnych i dlatego postanowiła się przenieść do Czechosłowacji? Wprawdzie to tylko hipoteza, ale nie pozbawiona sensu. Tym bardziej, że – jak wynika z artykułu zamieszczonego w czechosłowackiej prasie – ojciec Leopolda Warzechy też pracował w kopalni w Karwinie. Postawił następnie domek w okolicach Bratysławy i zajął się tym, czym wcześniej na Podhalu, czyli ludowym rękodziełem.
Lepiej trafić nie mógł
Nie jednak w Karwinie, ale w Bratysławie Leopold Warzecha po raz pierwszy zetknął się z hokejem. To do trzeciego największego miasta w Czechosłowacji, Brno było ciut liczniejsze, przeniosła się bowiem rodzina i to właśnie nad Dunajem nasz bohater stawiał pierwsze kroki. W wielkim Slovanie. Trzeba przyznać, że nie mógł trafić lepiej, bo największy słowacki klub słynął, zresztą do dziś słynie, ze znakomitego szkolenia. Tacy wychowankowie Slovana, jak Vaclav Nedomanský, Vladimir Dziurilla, Jozef Golonka czy Peter Šťastný, to absolutne legendy czechosłowackiego i słowackiego hokeja. Wszyscy są członkami Galerii Sław IIHF.
Leopold Warzecha tak wielkiej kariery nie zrobił, ale niewątpliwie miał talent i niemałe umiejętności, skoro w 1975 roku, jako niespełna 20-latek, został włączony do seniorskiej kadry. W sezonie 74/75, pod koniec którego Polak zadebiutował, Slovan zajął piąte miejsce w czechosłowackiej ekstraklasy – największą gwiazdą zespołu był Marian Šťastný, później dwukrotny mistrz świata, starszy brat Petera – a w kolejnych rozgrywkach Orły zaprezentowały się słabo, plasując się na 10. miejscu w tabeli. To właśnie wtedy, wiosną 1976 roku, polscy kibice po raz pierwszy dowiedzieli się o istnieniu Leopolda Warzechy.
Pojawił się wówczas pomysł, by utalentowanego obrońcę, który już regularnie występował w czechosłowackiej ekstraklasie, powołać do reprezentacji Polski na katowickie mistrzostwa świata 1976. Trenerzy Józef Kurek i Emil Nikodemowicz na pewno byliby zainteresowani takim graczem, tym bardziej, że w obronie mieliśmy problemy. Z tekstu autorstwa Henryka Kowolika w „Trybunie Robotniczej” wynika jednak, że na powołanie obrońcy Slovana było już za późno, choć myśl ta nie została rozwinięta. Napisano natomiast, że Leopold Warzecha nie zniknął z radarów szkoleniowców i w lutym 1977 roku znalazł się w kadrze reprezentacji Polski, która spotkała się na zgrupowaniu w Oświęcimiu. Była to część przygotowań do startu w mistrzostwach świata grupy B, które w marcu miały odbyć się w Tokio.
Same atuty, zero wad
Wówczas zainteresowanie Warzechą wyraźnie wzrosło. Okazało się bowiem, że z juniorską drużyną Slovanu zdobył dwa razy mistrzostwo Czechosłowacji, a w reprezentacji juniorów tego kraju rozegrał cztery spotkania towarzyskie. Miał jechać na mistrzostwa Europy juniorów w 1973 roku, które odbywały się w Szwajcarii, ale wtedy okazało się, że ma polskie obywatelstwo i temat się rozmył. W Slovanie Warzecha radził sobie jednak coraz lepiej. Grał w parze obrońców z Ľubomírem Roháčikiem. To postać polskim kibicom doskonale znana. W 2006 roku ten słowacki szkoleniowiec wywalczył brązowy medal MP z Podhalem Nowy Targ, a później dwukrotnie obejmował STS Sanok.
Gdy Leopold Warzecha pojawił się na zgrupowaniu w Oświęcimiu, zrobił duże wrażenie.
„Ma doskonałe warunki fizyczne, waży 87 kg, przy wzroście 182 cm. Imponuje spokojem, doskonałym przeglądem sytuacji, nie mówiąc już o wyszkoleniu technicznym. Bo też hokejowego abecadła uczył się od mistrzów nad mistrze. Jego aktualny trener, jeden z najlepszych w CSRS teoretyków hokeja doc. I. Horsky powiedział na temat tego zawodnika: - Warzecha jest graczem, z którym jak dotąd nie miałem żadnych problemów. Niezwykle utalentowany, mimo niespełna 22 lat wiele już umiejący, przed którym kariera dopiero się rozpoczyna. Myślę, że będzie on dużym wzmocnieniem bloku defensywnego reprezentacji Polski, a poza tym nauczy swoich nowych kolegów nowoczesnej gry…” - pisał red. Kowolik, który dodał:
„Nie pomylił się doskonały ekspert. Już pierwsze mecze w Oświęcimiu i Łodzi wykazały, że w osobie Warzechy reprezentacja Polski zyskała doskonałego zawodnika. Nienaganna jazda na łyżwach, gra ciałem, wyprowadzenie krążka z własnej tercji, to główne atuty nowego reprezentanta Polski. Gra w piątce Podhala, bo też z nią znalazł najszybciej wspólny język. Gdyby tak jeszcze partnerzy w lot pojmowali jego intencje, wtedy doczekalibyśmy się popisowej formacji, która w niejednym meczu mistrzostw świata grupy „B” mogłaby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść biało-czerwonych. – czytamy, a warto dodać, że o mecze kontrolne, o których mowa, były starciami z drużynami klubowymi. Biało-czerwoni przed odlotem do Japonii mierzyli się z ekipą z Witkowic, a już przed samym turniejem udali się do Ufy.
Co wiadomo, a czego nie wiadomo?
A co przed wyjazdem na mistrzostwa świata do Japonii mówił sam Leopold Warzecha?
Powołanie mnie do reprezentacji Polski uważam za zaszczyt. Choć mieszkam stale w CSRS, mam obywatelstwo polskie. Przede mną otworzyła się życiowa szansa. Myślę, że szybko znajdę wspólny język z nowymi kolegami i godnie reprezentować będziemy biało-czerwone barwy w Tokio. Chciałbym za rok, gdy mistrzostwa świata rozegrane zostaną w Pradze przekonać moich kibiców w CSRS, że zwycięstwo Polski nad hokeistami ZSRR nie było dziełem przypadku (…) Swoją karierę związałem ze Slovanem i temu klubowi pozostanę wierny. Mam doskonałe warunki do podniesienia swoich umiejętności, Myślę, że będzie to najlepsze również dla reprezentacji Polski. – mówił tuż przed odlotem na MŚ grupy B Leopold Warzecha, który – dodajmy – w sezonie 76/77 w czechosłowackiej ekstraklasie, w barwach Slovana, rozegrał 26 meczów, a jego zespół skończył rozgrywki na 5. miejscu. W końcówce sezonu w klubie go już nie było, bo przygotowywał się z reprezentacją Polski do MŚ.
Polacy, wzmocnieni niewątpliwie Leopoldem Warzechą, na turnieju w Tokio, którego byli jednym z faworytów, zajęli drugie miejsce i nie awansowali do grupy A. O wszystkim zadecydowała nadspodziewanie wysoka porażka z NRD 1:7, a na zakończenie zmagań, nie mając już szans na awans, zrezygnowani Biało-czerwoni ulegli 4:6 Jugosławii. Nasz bohater, który zadebiutował w drużynie narodowej w inauguracyjnym starciu z Holandią (4:2), rozegrał sześć spotkań i zapisał na swoim koncie asystę. W środku turnieju doznał lekkiej kontuzji i musiał dwa mecze – z Norwegią (7:3) i właśnie z NRD – opuścić. Występował w pierwszej parze obrońców z Andrzejem Słowakiewiczem, jednym z najlepszych polskich obrońców lat 70.
Brak awansu do grupy A oznaczał, że nie spełniło się marzenie Leopolda Warzechy o występie na mistrzostwach świata wśród najlepszych na lodowisku w Pradze. To jednak nic w porównaniu z tym, czego dowiadujemy się w kontekście naszego bohatera następnie. A w zasadzie czego się… nie dowiadujemy, bo wszelki ślad po tym hokeiście ginie wraz z ostatnim występem Polaków na MŚ w Tokio! I jest to co najmniej dziwne, albo wręcz niepokojące, bo przecież nie mówimy o latach aż tak bardzo zamierzchłych. Kolejne ślady, na jakie – po przeanalizowaniu wielu źródeł – można natrafić, to informacja o tym, że w 1977 roku Leopold Warzecha został usunięty ze Slovana Bratysława, ale nie wiadomo dlaczego. Czy wpływ na to mógł mieć fakt, że zawodnik zdecydował się przyjąć powołanie do reprezentacji Polski i w ważnej części sezonu 76/77 nie występował w klubie? Naprawdę bardzo trudno stwierdzić.
Fakty są takie, że kariera urywa się na MŚ grupy B w Tokio. Na pewno więcej zawodnik ten w reprezentacji Polski już nie wystąpił, nie ma też w żadnym z jego biogramów informacji o kolejnej przynależności klubowej. Wygląda to tak, jakby zapadł się pod ziemię. Prawdopodobne, że skończył karierę, bo w przeciwnym wypadku jakiś ślad na pewno by pozostał. Dlaczego jednak tak się stało? Nawet nie sposób zgadywać. Ostatnim, bardzo smutnym śladem dotyczącym niewątpliwie utalentowanego hokeisty, jest informacja współczesna, która pochodzi z 2005 roku. Wówczas w słowackiej prasie pojawia się krótka wzmianka o tym, że Leopold Warzecha utonął w Dunaju na przedmieściach Bratysławy w wieku 50 lat.
Czytaj także:
- Selekcjoner reprezentacji Polski rozesłał powołania. Szansa dla młodych graczy
- 15-latek w kadrze do lat 20! To ich trener widzi w składzie
- Polacy zagrają w Győr! Przed nimi międzynarodowy turniej
- Szybko wyciągnięte wnioski. Polacy z udanym rewanżem na Węgrzech
- Polacy z kompletem zwycięstw! Biało-czerwoni najlepsi w Tychach

Komentarze