Polacy pobili mistrzów świata! Nie tylko wygrana z ZSRR przyniosła nam chwałę
Nazwiska Franciszka Kukli i Jerzego Christa po meczu rozegranym 12 kwietnia 1986 roku odmieniano przez wszystkie przypadki. Drugie najbardziej spektakularne zwycięstwo w historii polskiego hokeja odnieśliśmy 40 lat temu.
Wiosną 1985 roku w szwajcarskim Fryburgu polscy hokeiści zapewnili sobie awans do grupy A. Był to czas, gdy w gronie najlepszych na świecie rywalizowało osiem zespołów, a wokół naszej drużyny narodowej krążyło słynne powiedzenie, że jesteśmy za mocni na grupę B, a za słabi na grupę A. Warto jednak pamiętać, że udział w światowym czempionacie na najwyższym poziomie Polacy zapewnili sobie po raz pierwszy od 1979 roku, a od startu na tamtych MŚ, które rozgrywano w Moskwie, z najlepszymi mierzyliśmy się tylko podczas ZIO w Lake Placid (1980) i Sarajewie (1984).
We Fryburgu drużyna prowadzona przez pamiętny duet trenerski Leszek Lejczyk – Jerzy Mruk awans wywalczyła w bardzo dobrym stylu. Polacy nie przegrali ani jednego spotkania. Wygrali sześć meczów i zremisowali z gospodarzami, Szwajcarami. Awans przypieczętowaliśmy bijąc w ostatnim meczu aż 5:0 Austriaków, a wcześniej wygrywaliśmy m.in. z Włochami i Norwegami, czyli drużynami, które w ostatnich latach znacznie częściej od nas rywalizują w 16-zespołowej Elicie.
Pierwszoplanowymi postaciami w naszym zespole byli Andrzej Zabawa i Wiesław Jobczyk – obaj znaleźli się w najlepszej drużynie mistrzostw, a "Dżames" dodatkowo wybrany został najlepszym napastnikiem. Zgromadził 13 punktów (7 bramek + 6 kluczowych zagrań). Jobczyk – z kolei – zapisał o jedną asystę mniej. Tamten turniej był ostatnim jego występem w narodowych barwach. Choć bardzo pomógł w awansie, wyjazdem do Niemiec i grą na zapleczu Bundesligi zamknął sobie następnie możliwość występu na MŚ grupy A, które na 1986 rok zaplanowano w Moskwie. Takie to były czasy.
Cel: Utrzymanie
Awansując do Elity Polacy wymienili w niej zespół NRD, a za rywali na Łużnikach mieli Niemców z zachodu, Finów, Szwedów, Amerykanów, Kanadyjczyków, a także reprezentacje Związku Radzieckiego i Czechosłowacji. Nic dziwnego, że w takim gronie cudów po naszej reprezentacji nikt się nie spodziewał. Celem było utrzymanie w gronie najlepszych, a układ sił wskazywał, że o pozostanie w grupie A powalczymy z drużyną RFN. Regulamin był prosty. Najpierw grano siedem serii systemem każdym z każdym, a następnie towarzystwo dzieliło się po równo – na grupę rywalizującą o medale i spadkową. Oczywiście nikt będących przy zdrowych zmysłach nie sądził, że Polacy znajdą się w tym pierwszym gronie.
Miesiąc przed turniejem w Moskwie graliśmy dwa sparingowe mecze z Japonią; oba wygraliśmy pewnie, lecz wyniki te w żaden sposób nie mogły opisywać naszej dyspozycji w kontekście tego, co miało wydarzyć się pierwszego dnia mistrzostw świata. Naszym rywalem miała być bowiem Czechosłowacja, z którą ostatnie wyrównane mecze graliśmy przed II wojną światową. Wprawdzie na liście wyników znajdziemy zwycięstwo 1:0 z 1976 roku, z IO w Innsbrucku, ale był to walkower, bo po wygranym przez rywala starciu 7:1 jeden z Czechosłowaków został przyłapany na dopingu. Bilans z CSRS od 1947 roku brzmiał dla nas wybitnie niekorzystnie. 29 meczów, 29 porażek, bramki: 43:269.
A na dodatek Czechosłowacja przyjechała do Moskwy bronić tytułu mistrza świata wywalczonego rok wcześniej na własnym lodowisku. Był to jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów w historii czechosłowackiego hokeja, okraszony pamiętnym hat trickiem znanego nam doskonale Jiřiego Šejby w starciu z Kanadyjczykami. Šejba, który po latach przyjedzie do Polski i będzie pracował w GKS-ie Tychy oraz Unii Oświęcim, był z drużyną na MŚ w Moskwie i na otwarcie turnieju, podobnie, jak cała ekipa czechosłowacka, przeżył szok.
„Dziś jest 12, więc dostaniemy 12 goli...”
Gdy 12 kwietnia 1986 roku w hali Pałacu Sportu na Łużnikach, o godz. 19:00 czasu moskiewskiego, otwierano z wielką pompą, w obecności 12 tysięcy kibiców, Mistrzostwa Świata Grupy A, a chwilę później spadł pierwszy krążek na lód w konfrontacji gospodarzy ze Szwedami, w Małej Arenie rozpoczynało się starcie Polski z Czechosłowacją. Mecz ten, wyłączając grupę polskich i czechosłowackich dziennikarzy, nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem mediów. Wszyscy skupiali się na wcześniej wymienionym spotkaniu, a ci, którzy relacjonowali potyczkę beniaminka z obrońcą tytułu, nie dopuszczali do świadomości innego rozstrzygnięcia niż pewne zwycięstwo Czechosłowacji.
Red. Leszek Wyrwicz, korespondent "Interpressu", posunął się nawet do żartu, który bardzo szybko się zestarzał. "Dziś jest 12, więc dostaniemy 12 goli…" – powiedział znany radomski dziennikarz i nie chodzi o to, że nieco ponad dwie godziny później musiał tłumaczyć się ze swoich słów. Śmiało można bowiem doszukać się analogii do tego, co stało się 10 lat wcześniej w Katowicach. Podczas pamiętnych MŚ w Spodku przegraliśmy z CSRS 0:12, a następnie – przez dekadę – tak się jakoś złożyło, że nie zagraliśmy z tym rywalem ani na IO, ani też na MŚ. Każdy jednak zdawał sobie sprawę z różnic w umiejętnościach obu zespołów i gdy na początku spotkania Polacy zupełnie nieoczekiwanie zaczęli sprawiać Czechosłowakom problemy, niektórzy już zaczęli przecierać oczy ze zdumienia.
Jasne, że faworyzowany zespół przeważał. Oczywiste, że Polacy, by liczyć na jakikolwiek pozytywny wynik, musieli przede wszystkim bronić ofiarnie i z poświęceniem. A także liczyć na łut szczęścia. I wszystko to zgrało się w jednym momencie. To była heroiczna batalia podopiecznych trenerów Lejczyka i Mruka, choć gdybyśmy nie mieli argumentów hokejowych, to sensacyjna wygrana 2:1 nie byłaby możliwa. Trenerzy, ustalając taktykę na to spotkanie, zbyt dużego pola manewru nie mieli. Wiedzieli bowiem, że musimy grać konsekwentnie w defensywie i liczyć na kontry. Tak też było i – co więcej – taka strategia zaczęła się sprawdzać. Już w pierwszej tercji mieliśmy swoje szanse. I Franciszka Kuklę w bramce, który bronił fenomenalnie.
"Jerzy Christ Superstar"
Gdy po pierwszej odsłonie było 0:0 dziennikarze czechosłowaccy kurtuazyjnie gratulowali polskim kolegom. Tak pisał o tym meczu na łamach Trybuny Robotniczej red. Włodzimierz Sowiński. Żurnaliści zza południowej granicy myśleli sobie wówczas zapewne, że gole dla ich zespołu to tylko kwestia czasu. Ale gdy w drugiej odsłonie coraz wyraźniej poirytowany faworyt nadal nie mógł otworzyć wyniku spotkania, również i dziennikarze stawali się coraz bardziej niepewni. Szok dla nich nastąpił w 37 minucie i 29 sekundzie spotkania. Krystian Sikorski wjechał w tercję obronną rywala i kapitalnie dograł koledze z bytomskiej Polonii, Jerzemu Christowi. Ten zaś, strzałem z bekhendu, pokonał Jaromira Šindela.
Trenerzy czechosłowackiego zespołu, wraz z utratą gola, zaczęli coraz częściej pokrzykiwać na swoich podopiecznych. Mistrzowie świata natomiast – choć nadal dominowali na lodzie – zaczęli pokrzykiwać po sobie. Mówiło się zresztą o tym, że zespół, po odejściu ze stanowiska selekcjonera Ludka Bukača, nie potrafi się porozumieć i coraz silniej dają o sobie znać antagonizmy między Czechami a Słowakami. Nie był to jednak nasz problem. Chcieliśmy bowiem sprawić niespodziankę, ale by tak się stało, musieliśmy wytrzymać jeszcze 20 minut czechosłowackiej nawałnicy. Otuchy naszej drużynie dodawały niewątpliwie interwencję Kukli, który bronił na pograniczu cudu.
Gdy w 44. minucie "Jerzy Christ Superstar" – tak napastnika Polonii nazwało po meczu krakowskie "Tempo", w nawiązaniu do słynnego musicalu – sprytnym strzałem z bulika trafił na 2:0 dla Polski, marzenie o sprawieniu sensacji stawało się coraz bardziej realne. Wprawdzie na 10 minut i 10 sekund przed końcową syreną Czechosłowacja strzeliła kontaktowego gola, ale nasi nie stracili wigoru. Nadal heroicznie się bronili, a Kukla, który po latach stwierdził, że w kierunku jego bramki poleciało jakieś 90 strzałów, wciąż bronił fenomenalnie. W końcówce meczu poobijanemu i wyczerpanemu bramkarzowi Polonii pomogli nieco sędziowie, którzy trochę opóźniali wznowienia. Mecz, co ciekawe, prowadził Josef Kompalla (Józef Kompała), arbiter z RFN, jako hokeista wychowanek Górnika Katowice, który w latach 50. wyjechał z Polski do Niemiec. Później, gdy został sędzią, uważano go za jednego z najlepszych rozjemców na świecie.
Powtórka z rozrywki
W samej końcówce spotkania, gdy Czechosłowacja grała już bez bramkarza, Jerzy Christ mógł skompletować hat tricka, ale wybił krążek, skupiając się na tym, by oddalić niebezpieczeństwo. Chwilę później wybrzmiała końcowa syrena, oznaczająca sensację na otwarcie MŚ grupy A, a nasz zespół triumfował resztkami sił. Gdy po meczu trener Lejczyk przyszedł na konferencję prasową dziennikarze, łącznie z czechosłowackimi, przywitali go brawami.
– Jesteśmy bardzo szczęśliwi i nawet w najśmielszych marzeniach nie oczekiwaliśmy zwycięstwa. Chcieliśmy uzyskać jak najlepszy rezultat z tak znakomitym zespołem. Kiedy zdobyliśmy drugiego gola, zaświtała nadzieja na zwycięstwo, ale do końca drżeliśmy o końcowy rezultat, bowiem pod koniec rywale uzyskali wyraźną przewagę. Nasi południowi sąsiedni pomagają nam w rozwoju hokeja, są naszymi nauczycielami, a więc okazaliśmy się pojętnymi uczniami... – mówił po meczu selekcjoner reprezentacji Polski. A co po meczu powiedzieli szkoleniowcy z CSRS? Tego nie wiemy, bo Jan Starši i Frantisek Pospišil czmychnęli, wraz z drużyną, z hali prosto do hotelu.
Triumf nad Czechosłowacją, z perspektywy tego, co wydarzyło się wokół tego spotkania, a także, co stało się później, bardzo przypomina mecz wszech czasów, czyli zwycięstwo nad ZSRR z 1976 roku. Po pierwsze podobnie, jak 10 lat wcześniej Telewizja Polska nie przeprowadziła transmisji "na żywo", puszczając dopiero ok. północy ostatnie 10 minut spotkania. A po drugie wygrana z faworyzowanym rywalem nic niestety Polakom nie dała. W 9 kolejnych spotkaniach raz udało się tylko zremisować, 5:5 z RFN, a osiem porażek sprawiło, że Polacy spadli do grupy A. Spotkanie to jednak warto wspominać choćby z tego powodu, że gdy na piłkarskim stadionie w Zabrzu, podczas meczu Górnika z Legią Warszawa poinformowano, że Polska pokonała Czechosłowację w hokeja 2:1, kibice wybuchnęli śmiechem. Zgodnie bowiem stwierdzono, że spiker po prostu się pomylił.
Mistrzostwa Świata – 12.04.1986, Moskwa
POLSKA – CZECHOSŁOWACJA 2:1 (0:0, 1:0, 1:1)
1:0 – Christ 38, 2:0 – Christ - 44, 2:1 – Rosol - 50
POLSKA: Kukla – Synowiec, Gruth, R. Szopiński, Kądziołka, Świątek, Cholewa – Steblecki, Pawlik, Podsiadło, Pytel, Morawiecki, Zabawa, Jachna, Stopczyk, Kwasigroch, Sikorski, Christ, Stebnicki.
Trener: Leszek Lejczyk. Asystent: Jerzy Mruk
Czytaj także:
- PZHL ogłosił nowego selekcjonera reprezentacji Polski. Przed nim wielkie wyzwanie
- Czas na zgrupowanie U16. Powołania już rozesłane
- Ruszyło odliczanie do MŚ. Organizatorzy odsłonili wyjątkowe logo
- To będą miesiące prawdy dla reprezentacji Polski. Znamy pełny plan przygotowań
- Polska poznała rywali! Dwa mecze z Ukrainą w nowym sezonie

Komentarze
Lista komentarzy
Falcon ZS
Co jednak wygrali z Litwą?
Kerad
No i fajnie:) ale autor artykulu mogl podac sklad z tego meczu:P
RafałKawecki
Pamiętam tę sensację. Choć nie mecz, bo transmisji tak jak napisano, nie było. Wynik usłyszałem w nieśmiertelnym "Z mikrofonem po boiskach" i też nie mogłem uwierzyć.
RafałKawecki
Powiedziałbym nawet, że lata 80. przy całym syfie jaki wtedy był w PL, to była w pewnym sensie złota epoka polskiego hokeja. Regularne występy na IO, dwa lata wcześniej w Sarajewie, dwa lata później w Calgary - z pamiętnym remisem ze Szwecją i minimalną porażką z Kanadą. Niestety jednocześnie baza klubów zaczęła się radykalnie kurczyć. Zwijały się po kolei Cieszyn, Zgierz, Pruszków, Poznań, Warszawa, Łódź, parę lat później Bydgoszcz. No i teraz mamy to co mamy. Za to open i megaprofesjonalnie.
Hokejowy1964
Piękne chwile. Mecz oglądałem na żywo, były to czasy kiedy można było za pomocą anteny złapać czechosłowacką telewizje. Komentarz był bezcenny, dla nich to był koniec świata.