Trzy igrzyska olimpijskie, wojna i Cracovia. Życie jak gotowy scenariusz filmu
Na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich wystąpił trzy razy, dwukrotnie przed i raz po II wojnie światowej, pozował do zdjęć z najwybitniejszymi polskimi sportsmenkami, a za to, że pojechał na mistrzostwa świata, został zawieszony przez kuratora. Szkoda tylko, że w życiorysie jednej z największych legend Pasów pojawiają się czasami dziwne przekłamania.
Polski sport w swej przedwojennej, romantycznej erze, miał swoje gwiazdy, które pełnym blaskiem świeciły jeszcze długo po zakończeniu karier. Do tego grona należały przede wszystkim wspaniałe lekkoatletki, rozpoczynając od największej w dziejach diwy, Haliny Konopackiej, pierwszej złotej medalistki olimpijskiej. Gdy w 1931 roku wyśmienita dyskobolka zakończyła karierę, jej miejsce - i to dosłownie - zajęła Jadwiga Wajs. Rok później Pabianiczanka odebrała wielkiej mistrzyni rekord świata, a na IO w Los Angeles zdobyła brązowy medal. W Berlinie, w 1936 roku, stanęła na drugim stopniu podium, a na tych samych igrzyskach brąz w rzucie oszczepem wywalczyła cudowna Maria Kwaśniewska, która nie kłaniała się samemu Hitlerowi.
I właśnie te oto dwie wybitne polskie sportsmenki widnieją na zdjęciu ilustrującym ten artykuł. Wajsówna, druga z lewej, na dłoń, którą posyłała dysk na odległość grubo powyżej 40 metrów, założyła rękawicę hokejową. Kwaśniewska uśmiecha się czarująco. Fotografię wykonano podczas mistrzostw Polski lekkoatletek, które w 1935 roku odbyły się na stadionie krakowskiej Wisły. Obie panie okazały się najlepsze w swoich koronnych konkurencjach. Ponadto dyskobolka triumfowała w skoku wzwyż i w pchnięciu kulą, a oszczepniczka w pięcioboju. Na dodatek zdobyła w kuli brąz, a także srebrny medal w skoku w dal z miejsca.
Prócz medali i wyników na świetnym poziomie po tamtych mistrzostwach pozostało to właśnie zdjęcie. Na którym wielkim gwiazdom światowej lekkoatletyki towarzyszą dwaj hokeiści Cracovii. Pierwszy z lewej to Andrzej Wołkowski, wybitny napastnik, a później znakomity trener. Pierwszy z prawej to - z kolei-– Czesław Marchewczyk. 23-letni wówczas zawodnik Pasów i reprezentant Polski, a także świeżo upieczony absolwent Wydziału Budownictwa Państwowej Szkoły Technicznej. I choć panowie w hokejowych kostiumach Cracovii nie osiągnęli takich sukcesów, jak lekkoatletki, to śmiało można tę fotografię, zrobioną - co warto podkreślić - przy okazji olimpijskiego ślubowania, skomentować słynnym "Too many legends in one picture".
Na kuratora nie ma rady
Choć Czesław Marchewczyk został legendą Cracovii, a z klubem związany był do końca swych dni, to jego przygoda ze sportem wcale nie zaczęła się w barwach Pasów. Miał 14 lat, gdy będąc uczniem IX Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego im. Hoene-Wrońskiego w Krakowie, wraz z kilkoma kolegami zapisał się do krakowskiego Sokoła, a wkrótce po tym, podczas meczu z Cracovią, wypatrzył go lekkoatleta Zygmunt Szembek, który kierował sekcją hokejową Pasów. To on przekonał rodziców – Michała, z zawodu stolarza, i Helenę, z domu Marczyńską, by pozwolili synowi występować w biało-czerwonych barwach. Śmiało można stwierdzić, że przygoda Marchewczyka z Cracovią rozpoczęła się w 1927 roku, a bardzo szybko okazało się, że niewysoki i szczupły chłopak, który dobrze radził sobie w szkole, ma do hokeja na lodzie wyjątkową smykałkę.
Już w 1930 roku niespełna 18-letni Marchewczyk, jako pierwszy w dziejach hokeista Cracovii otrzymał powołanie do reprezentacji Polski na wielki turniej. Były nim pierwsze w historii mistrzostwa świata, które zaczęły się we francuskim Chamonix, choć z uwagi na pogodę decydujące mecze trzeba było przenieść do Wiednia i Berlina. Polacy pokonali Japonię 5:0, a następnie przegrali z Niemcami 1:3 i z Austrią 0:2, zajmując 5. miejsce w klasyfikacji MŚ i czwarte w rankingu ME. Zawodnik Cracovii nie pojawia się na lodzie ani raz, choć przez lata ktoś kolportował nieprawdziwą informację, że zagrał w meczu z Japończykami i strzelił dwa gole. To nieprawda. Bramki w tym spotkaniu zdobyli Adamowski, Kowalski, Krygier, Tupalski i Kulej.
Na debiut w narodowych barwach przyjdzie Marchewczykowi poczekać niemal dwa lata. Bo za to, że wyjechał z reprezentacją na mistrzostwa świata, został zawieszony w... prawach ucznia! Wprawdzie Ministerstwo Oświecenia Publicznego miało wydać zgodę na wyjazd Marchewczyka do Francji, ale takiej zgody nie wydał Kuratoru Okręgu Szkolnego Krakowskiego. Trzeba przyznać, że w tym momencie dalsza przygoda ze sportem na wysokim poziomie stanęła pod znakiem zapytania, bo skończyło się na rocznym zawieszeniu, w wyniku którego debiut zdolnego hokeisty w narodowych barwach stanął pod znakiem zapytania.
Hat tricka nie było
Nie znalazł się Marchewczyk w kadrze na krynickie MŚ w 1931 roku. Ale na wiosnę zdał maturę i wyszedł poniekąd spod kurateli... kuratora, który chyba słabo interesował się sportem. Pod koniec grudnia 1931 roku reprezentacja Polski – w ramach przygotowań do wyjazdu do Lake Placid na igrzyska olimpijskie – zmierzyła się w trójmeczu z Kanadą. I w dwóch spośród tych spotkań spisała się co najmniej przyzwoicie, przegrywając 0:3 i 0:1. Marchewczyk w drużynie narodowej zadebiutował 27 grudnia w meczu rozegranym w Katowicach, a następnie znalazł się w powołanej przez kapitana związkowego, Tadeusza Sachsa, drużynie, która udała się za ocean udała się czterokominowym transatlantykiem, SS France. Obok rówieśnika, innego z graczy Cracovii, Adama "Rocha" Kowalskiego, którego imię nosi lodowisko przy ul. Siedleckiego, był najmłodszy w ekipie. Obaj gracze Pasów nie mieli skończonych 20 lat.
Pierwszą z 20 bramek w narodowych barwach strzelił Marchewczyk na MŚ w 1935 roku w Davos, kiedy to trafił do siatki Francuzów. Był to czas, gdy wraz ze wspomnianymi Wołkowskim i Kowalskim, zaczął tworzyć pierwszy atak naszej drużyny narodowej. Skuteczne trio, dodajmy, bo praktycznie w każdym meczu któryś z tych graczy wpisywał się na listę strzelców, również podczas IO w Garmisch-Partenkirchen. Marchewczyk na swoje drugie igrzyska olimpijskie pojechał, podobnie, jak cały zespół, z dużymi nadziejami na dobry wynik. Przekręty sędziego na korzyść rywala w meczu z Austrią, przegranym przez nasz zespół 1:2, sprawiły jednak, że występ biało-czerwonych zakończył się niepowodzeniem. Warto jednak sprostować kolejną nieścisłość, która pojawia się w niektórych biogramach naszego bohatera. W wygranym 9:2 meczu z Łotwą, Czesław Marchewczyk strzelił jedną, a nie trzy gole. Hat trickiem popisał się Wołkowski.
W 1937 świetny atak poprowadził Cracovię do pierwszego tytułu mistrza Polski w historii klubu. Była to najbardziej wyrównana rywalizacja o prymat w naszym kraju przed II wojną światową. Pasy w turnieju finałowym jeden mecz przegrały, a jeden zremisowały, a i tak sięgnęły po złoto. W osobliwych okolicznościach. Otóż tytuł "podarowała" krakowskiemu zespołowi Warszawianka, która w ostatnim meczu pokonała stołeczny AZS, dla siebie wywalczając srebro. Marchewczyk w turnieju finałowym trafił, na 1:0 w ważnym meczu z Krynicą, a kolejne mistrzostwo Polski zdobył... dziewięć lat później.
Trio znów czarowało
Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski to odznaczenia, których nie otrzymuje się za grę w hokeja na lodzie. Oba te wyróżnienia znalazły się w bogatej kolekcji Czesława Marchewczyka. W czasie okupacji niemieckiej, kiedy uprawianie sportu było zakazane, gracz Cracovii działał w konspiracji, a niedługo po tym, do Krakowa wkroczyła Armia Czerwona, był jednym z pierwszych, który podjął się reaktywacji klubu. I choć liczył sobie już 33 lata – w tamtych czasach sportowiec w takim wieku uchodził za weterana – a ponadto miał za sobą okupacyjne doświadczenia, dziarsko zabrał się, wraz z kolegami, do pracy. Atak Marchewczyk – Kowalski – Wołkowski ponownie zaczął czarować na lodowej tafli, a na efekty nie trzeba było długo czekać.
W 1946 roku,w pierwszych powojennych mistrzostwach Polski, Pasy sięgnęły po złoto. W turnieju finałowym nie miały sobie równych, bijąc 3:0 rewelacyjną Siłę Giszowiec (gol Marchewczyka), 4:0 Lechię Poznań i 5:1 ŁKS Łódź (dwa gole Marchewczyka). Rok później Cracovia ponownie okazała się najlepsza. W Łodzi, gdzie grano turniej finałowy, 35-latek znów trafiał do siatek rywali, a następnie wystąpił w pamiętnych derbach Krakowa z Wisłą, które decydowały o mistrzostwie Polski. Mało kto spodziewał się jednak, że w 1948 roku po raz trzeci znajdzie się w kadrze na igrzyska olimpijskie. Marchewczyk wystąpił w ostatnim meczu naszej drużyny narodowej przed II wojną światową, w Katowicach przegraliśmy 0:1 z USA, ale gdy w 1947 roku reaktywowano reprezentację, nie znalazł się w jej składzie na MŚ w Pradze.
Igrzyska Olimpijskie to jednak co innego. Marchewczyk, mimo 36 lat, pojechał z drużyną do Sankt Moritz.
– Polska ulegała takiej Kanadzie zaledwie 0:1. Mam nadzieję, że po kilku latach pracy nad polskim hokejem, dojdziemy znowu do takiej formy, że będziemy godnym przeciwnikiem Kanady czy też Czechów – mówił nasz bohater w styczniu 1948 roku, krótko przed wyjazdem do Szwajcarii.
Dodajmy, że niedługo po tych słowach z Kanadą nasz zespół przegrał na IO 0:15, a z Czechosłowacją 1:13. O co zatem chodziło Marchewczykowi? O to, że lata okupacyjne i niemożność uprawiania sportu, w tym hokeja, spowodowały potężną różnicę pomiędzy reprezentacją Polski, a najlepszymi drużynami świata. I choć od tamtej wypowiedzi minęło już niemal 80 lat, to pozostaje ona ważna, bo tego, na co nasz bohater miał nadzieję, tak naprawdę nigdy nie udało się nadrobić.
Był też szczypiornistą
W 1949 roku, już po zakończeniu czynnego uprawiania hokeja, Czesław Marchewczyk uzyskał tytuł inżyniera. Do przejścia na emeryturę w 1977 roku pracował zawodowo. Cały czas był jednak blisko hokeja i Cracovii. To on stanął na czele społecznego komitetu budowy sztucznego lodowiska, które powstało przy Siedleckiego, a rozmaitych funkcji, jakie pełnił, niełatwo zliczyć. Był świetnym hokeistą, człowiekiem wielkiej kultury i klasy, niezrównanym gawędziarzem. Od 13 marca 2013 roku plac obok lodowiska Cracovii nosi jego imię. Zresztą krakowski klub sławił nie tylko jako hokeista. Był również dwukrotnym mistrzem Polski w piłce ręcznej 11-osobowej.
Czytaj także:
- Już jest! Hokejowy Niezbędnik Kibica 2026/2027 trafił do sprzedaży. Wysyłka ruszyła!
- Są w życiu ważniejsze sprawy. Doświadczony obrońca odchodzi z Sanoka. Co dalej z jego karierą?
- Ostro potraktował rywala i dostał karę meczu. Jest decyzja w sprawie gracza Zagłębia
- Kolejna porażka GieKSy i mocne słowa kluczowego zawodnika. "To nie może tak wyglądać"
- Komisarz THL podjęła decyzję. Chodzi o zawodników Cracovii

Komentarze
Lista komentarzy
iras
Więcej takich artykułów. To byli herosi, ludzie niezłomni.