Walczył z bolszewikami, trafił do niewoli, a potem został selekcjonerem Polski
Władysław Wiro-Kiro trzykrotnie obejmował stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski w hokeju na lodzie i nikt inny podobnego zaszczytu nie dostąpił. Wcześniej ten niezwykle skromny człowiek walczył za Polskę przeciwko Niemcom i bolszewikom.
Pewnie niełatwo to sobie dziś wyobrazić, ale nieco ponad 100 lat temu Helsinki, Wilno i Sosnowiec formalnie znajdowały się w granicach tego samego państwa, czyli Imperium Rosyjskiego. By jednak rzetelnie zacząć naszą kolejną historię związaną z polskim hokejem na lodzie, musimy cofnąć się jeszcze w czasie, do 1875 roku. Wprawdzie wówczas w wymienionych miejscach nie wiedziano jeszcze, czym jest najpiękniejsza zespołowa gra, ale właśnie wtedy pewien człowiek pochodzący z Finlandii postanowił osiedlić się w Wilnie, które 80 lat wcześniej znalazło się pod rosyjskim zaborem. Z innych źródeł wynika, że dziadek naszego bohatera został skierowany do pracy urzędniczej i wtopił się w polską tkankę miasta.
Niespełna 30 lat później w dzisiejszej stolicy Litwy na świat przyszedł jego wnuk, Władysław Wiro-Kiro. Można postawić dolary przeciwko orzechom, że w październiku 1920 roku 16-latek z wielkim entuzjazmem, jak dwie trzecie mieszkańców miasta, witał żołnierzy gen. Lucjana Żeligowskiego. O tym, że jeden z ważniejszych ludzi w historii polskiego hokeja, mimo fińskich korzeni, Polakiem się czuł, przekonamy się od razu. Otóż w czasie wojny polsko-bolszewickiej Wiro-Kiro walczył w oddziałach szkolnych i został ranny.
W młodości fascynował się motoryzacją i sportem, choć bardziej od wyścigów samochodowych interesowała go praca w warsztacie. A jeśli chodzi o sport, to zaczęło się – jak to w tamtych latach bywało – od gry w piłkę nożną, a gdy zimą było to niemożliwe, piłkarze bardzo często zmieniali obuwie, zakładali łyżwy i grali w hokeja. Pierwszym klubem naszego bohatera była Wilia Wilno. Była to instytucja, która powstała w 1921 roku i istniała zaledwie sześć lat. W dodatku zmieniała nazwy. Zaczęło się od Sokoła, później był Strzelec i Lauda. To właśnie wtedy po raz pierwszy możemy natknąć się na nazwisko Wiro-Kiro w piłkarskiej kadrze tego klubu, występującego w wileńskiej klasie A.
Zmiennik najlepszego
Na lata 1927–31 Władysław Wiro-Kiro przeniósł się do Poznania, zostając studentem wychowania fizycznego na Uniwersytecie Poznańskim. Pchał wówczas kulą, rzucał dyskiem, startował w wioślarskich mistrzostwach Polski, ale jeśli chodzi o hokej, pozostał wierny wileńskim klubom. Gdy Wilia przestała istnieć, przeniósł się do reaktywowanego AZS-u i to na występy w barwach akademickiej organizacji przypadają jego najlepsze hokejowe lata. Na przełomie 1928 i 1929 wystąpił jako bramkarz ze swoim klubem w rozgrywanych w Krynicy mistrzostwach Polski. Nie udało się wprawdzie zdobyć medalu, a najmocniejszy zespół turnieju, czyli warszawski AZS, zaaplikował kolegom z Wilna aż 14 goli. Z prasowych relacji wynika jednak, że gdyby nie bramkarz Wiro-Kiro, wynik byłby wyższy.
Dzięki dobrym występom w mistrzostwach Polski selekcjoner naszej drużyny narodowej powołał Wiro-Kirę do kadry na mistrzostwa Europy, które miesiąc później odbywały się w Budapeszcie. Reprezentant wileńskiego klubu był zmiennikiem absolutnie najlepszego polskiego bramkarza przedwojnia, Józefa Stogowskiego, który wniósł nieoceniony wkład w to, że biało-czerwoni rozegrali najlepszy turniej w historii naszej dyscypliny. Po pokonaniu 2:0 Szwajcarii i 3:1 Austrii Polacy przegrali w finale, po dogrywce, 1:2 z Czechosłowacją. Mimo iż nasz bohater nie zagrał na mistrzostwach Europy ani chwili, został wicemistrzem Starego Kontynentu, a już dwa lata później – w roli trenera – powtórzył ten sukces.
Jako człowiek wykształcony, a ponadto niepozbawiony praktyki, Władysław Wiro-Kiro został włączony do sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski przed mistrzostwami świata w Krynicy. Został, obok Kanadyjczyka Harolda Farlowa, kapitanem związkowym PZHL i wraz z gościem zza oceanu ustalał skład, a także taktykę na poszczególne mecze. To podczas tego turnieju Polacy pokonali m.in. Szwedów i zremisowali z Czechosłowacją, kończąc mistrzostwa świata na czwartym, a mistrzostwa Europy na drugim miejscu. W tym samym roku Wiro-Kiro objął posadę nauczyciela wychowania fizycznego w Trzemesznie, gdzie był ulubionym profesorem uczniów. W 1933 roku wrócił do Wilna. Występował w barwach AZS-u, Kolejarza i Ogniska, a zawodniczą karierę kontynuował do 1939 roku. Rok później ostatni z wymienionych klubów stanął na najniższym stopniu podium mistrzostw Polski, zdobywając jedyny dla Wilna medal MP. W składzie zespołu Wiro-Kiry jednak nie ma.
Natarcie na bagnety
Pewną wątpliwość budzi informacja o tym, że nasz bohater zaliczył cztery występy w reprezentacji Polski. Otóż przed II wojną światową bramki naszego zespołu narodowego – według listy meczów ustalonej przez Władysława Zieleśkiewicza – bronili: Edmund Czaplicki, Józef Stogowski, Tadeusz Sachs, Jan Sznajder, Henryk Przeździecki, Kazimierz Tarłowski i Jan Maciejko, przy czym legendarny patron toruńskiego lodowiska praktycznie zamurował bramkę, broniąc w 70 z 90 rozegranych w latach 1926–39 meczów. Nie ma to jednak większego znaczenia, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się jesienią 1939 roku. Wiro-Kiro od sześciu lat na powrót mieszkał w Wilnie, gdzie nie tylko uprawiał sport, ale też pracował jako nauczyciel w Państwowej Szkole Technicznej.
„Zmobilizowany w sierpniu 1939 uczestniczył w kampanii wrześniowej jako adiutant dowódcy II Batalionu 5 Pułku Legionów w składzie 1 Dywizji Piechoty Legionów grupy operacyjnej „Wyszków”. Wraz z batalionem walczył nad Narwią i Bugiem, potem pod Wyszkowem i na Lubelszczyźnie podczas bitwy pod Węgrowem. Wyróżnił się, prowadząc natarcie na bagnety pod Różą Podgórną, gdzie 14 września 1939 r. dostał się do niewoli. Odznaczony Krzyżem Walecznych przez Rząd Emigracyjny w Londynie w 1948 r. oraz srebrnym krzyżem Orderu Virtuti Militari otrzymanym w PRL-u.” – czytamy we wspomnieniach Andrzeja Wiro-Kiry, syna Władysława.
Niewola. To los, którego nasz bohater nie zdołał uniknąć. Oddajmy jednak ponownie miejsce jego synowi.
„Okres wojny spędził, najpierw w Oflagu XVIII/B Wolfsberg w Karyntii w Austrii, a od czerwca 1940 w Oflagu II C Woldenberg. Oflag II C w Woldenbergu to była wyjątkowa „instytucja” – znalazł się tam naprawdę „kwiat inteligencji”: inżynierowie, lekarze, nauczyciele, aktorzy, plastycy, naukowcy różnorodnych dziedzin. Mając nadmiar czasu i wielce ograniczoną przestrzeń, wspaniale się zorganizowali, tworząc różnorodne grupy samokształcenia i współdziałania. Ojciec uczęszczał na kursy motoryzacyjno-warsztatowe, masażu i inne, oraz sam udzielał się, prowadząc zajęcia sportowe i organizując imprezy. W polskich obozach jenieckich aktywność fizyczna była w pełni zorganizowana. Codzienna gimnastyka i kilkukilometrowe marsze były powszechne. Prowadzono rozgrywki w grach zespołowych, istniały kluby sportowe, organizowano różnorodne imprezy sportowe, w tym „igrzyska olimpijskie” w 1940 i w 1944 r.” – czytamy.
Spokojny, skromny człowiek
Nie ma zatem wątpliwości, że pomimo niesprzyjających okoliczności Władysław Wiro-Kiro podtrzymywał aktywność sportową. Ale kontynuować ją na zasadach z prawdziwego zdarzenia mógł dopiero po zakończeniu II wojny światowej. Do działania przeszedł bardzo szybko.
„W latach 1947–57 pracował w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej, 1957–58 w Polskim Związku Szermierczym (...) W 1958 rozpoczął też pracę w Polskim Komitecie Olimpijskim, gdzie w zespole metodyczno-szkoleniowym opiekował się, z ramienia PKOl, hokejem na lodzie, biatlonem, pięciobojem nowoczesnym, strzelectwem i jeździectwem. Pracował tam do emerytury w 1972 r. Pod koniec lat 60. rozpoczął pracę nad książką poświęconą metodyce szkolenia w hokeju na lodzie, w której uwzględniał również doświadczenia czeskie i rosyjskie – miał bardzo dobre relacje z trenerami z tych krajów” – to raz jeszcze wspomnienia Andrzeja Wiro-Kiry.
Nas jednak najbardziej interesuje współpraca z Polskim Związkiem Hokeja na Lodzie. W 1955 roku, po nieudanym dla naszej drużyny występie na MŚ w RFN-ie, Władysław Wiro-Kiro wraz z Mieczysławem Palusem zastąpili na stanowisku kapitanów związkowych Kazimierza Osmańskiego i Witalisa Ludwiczaka, którego nasz bohater doskonale znał z niewoli w Woldenbergu. Duet ten poprowadził reprezentację Polski na ZIO w Cortina d'Ampezzo, gdzie Polacy zajęli ósme miejsce.
Po raz trzeci rolę selekcjonera biało-czerwonych, jako jedyny w historii, Władysław Wiro-Kiro objął po nieudanym eksperymencie z czechosłowackim trenerem, Antoninem Haukvicem. Tym razem towarzyszem naszego bohatera na stanowisku został były znakomity zawodnik, Andrzej Wołkowski. Duet ten poprowadził drużynę na MŚ w 1958 roku w Oslo i nie był to udany występ. Remis z Finami i sześć wyraźnych porażek oznaczały ostatnie, ósme miejsce. Warto dodać, że Wiro-Kiro był też szefem wyszkolenia oraz wiceprezesem PZHL.
Ktoś pewnie powie, że zarówno w trakcie zawodniczej, jak i trenerskiej kariery Władysława Wiro-Kiry brakowało spektakularnych sukcesów. Trzeba jednak pamiętać, w jakich okolicznościach człowiek ten działał. Gdyby porównać hokej na lodzie z lat 30., kiedy grał, a następnie zaczynał szkoleniową przygodę, z tym z lat 50., to różnica była znacząca. Gdy Wiro-Kiro siedział w oflagu, a w Polsce zakazana była przez okupantów aktywność sportowa, np. w Czechosłowacji trwały rozgrywki ligowe. A najlepszym dowodem na to, jak ogromnego zapóźnienia względem południowego sąsiada doznał polski hokej, niech będą wyniki meczów właśnie z tym rywalem. Dwa lata przed II wojną światową przegraliśmy z Czechosłowacją na MŚ w Londynie 0:1. A dwa lata po wojnie, na turnieju w Pradze – 0:12.
Andrzej Wiro-Kiro tak pisał o swoim ojcu.
„Był (…) człowiekiem spokojnym, przyjaźnie nastawionym do ludzi, szczerym, bardzo uczciwym i lojalnym. Nie miał „parcia” na stanowiska i robienie kariery. Posiadał bardzo szeroką wiedzę, ilekroć o coś spytałem, to dostawałem odpowiedź. Był bardzo skromny.”
Czytaj także:
- Już jest! Hokejowy Niezbędnik Kibica 2026/2027 trafił do sprzedaży. Wysyłka ruszyła!
- Są w życiu ważniejsze sprawy. Doświadczony obrońca odchodzi z Sanoka. Co dalej z jego karierą?
- Ostro potraktował rywala i dostał karę meczu. Jest decyzja w sprawie gracza Zagłębia
- Kolejna porażka GieKSy i mocne słowa kluczowego zawodnika. "To nie może tak wyglądać"
- Komisarz THL podjęła decyzję. Chodzi o zawodników Cracovii

Komentarze