Hokej.net Logo

Dzisiaj dalibyśmy się za to pokroić! Nieprawdopodobne, co polscy hokeiści osiągnęli 70 lat temu

Dzisiaj dalibyśmy się za to pokroić! Nieprawdopodobne, co polscy hokeiści osiągnęli 70 lat temu

Siedem dekad temu reprezentacja Polski zagrała na igrzyskach w Cortina d'Ampezzo. W pamiętnym turnieju, na którym debiutowała "Czerwona maszyna", czyli wyśmienita reprezentacja radziecka.

6 lutego w Mediolanie i Cortina d'Ampezzo zapłonął olimpijski znicz. Turniej hokejowy mężczyzn – po raz pierwszy od 2014 roku z udziałem największych gwiazd NHL – rozpoczął się 11 lutego. Rozgrywany był w stolicy Lombardii, a nie w kurorcie w Dolomitach, gdzie hokeiści, również podczas olimpijskich zmagań, rywalizowali 70 lat temu. Pewnych analogii nie da się jednak uniknąć. Najlepsi hokeiści wrócili na igrzyska, a siedem dekad temu po raz pierwszy w turnieju olimpijskim wystąpiły innego rodzaju gwiazdy. Chodzi o reprezentację Związku Radzieckiego, która turniej wygrała w cuglach.

Są też pomiędzy tymi zmaganiami oczywiste różnice. Główną areną zbliżającego się turnieju była wybudowana Milano Santagiulia Ice Hockey Arena, która może pomieścić 16 tysięcy widzów, a na której  do ostatnich dni trwały prace wykończeniowe. W 1956 roku grano m.in. na Stadio Olimpico del Ghiaccio, głównej arenie igrzysk w Cortinie, która, co ciekawe, zostanie wykorzystana również podczas nadchodzącej imprezy na potrzeby curlingu. Oczywiście obiekt ten przeszedł na przestrzeni 70 lat kilka modernizacji. Między innymi w 1981 roku został zadaszony. 25 lat wcześniej olimpijczycy rywalizowali pod gołym niebem, choć samo lodowisko było, jak wynika z archiwów, bardzo dobrej jakości.

Dla nas, rzecz jasna, podstawowa różnica pomiędzy jednymi, a drugimi igrzyskami jest taka, że w 1956 roku w rywalizacji wzięła udział reprezentacja Polski, a teraz jej nie będzie. Biało-czerwoni prawo startu w olimpijskich zmaganiach zyskali dzięki wysokiej pozycji w światowej hierarchii – nie rozgrywano wówczas eliminacji. Na MŚ grupy A w 1955 roku w RFN-ie, Polacy zajęli 7. miejsce. Co ciekawe na igrzyska do Cortiny nie zaproszono Finów, którzy czempionat w Niemczech Zachodnich zakończyli na ostatnim, dziewiątym miejscu. Dopuszczono natomiast do startu najlepszą drużynę grupy B, czyli Włochów, za którymi przemawiała też rolę gospodarzy turnieju, a także Austriaków.

Bez "Papy" Csoricha

Polacy, przygotowując się do startu w Cortina d'Ampezzo, dwa razy ograli Austriaków na wyjeździe, a z Finami przegrali 3:4 i wygrali 4:3. W Szwajcarii, natomiast, zmierzyliśmy się z drużynami klubowymi, podobnie, jak już we Włoszech. W Turynie było 5:5 z zespołem... Fiata, a także 6:5 dla nas w starciu z drużyną złożoną z Kanadyjczyków, mieszkających we Włoszech i w Szwajcarii. Taki sam wynik z drugim z wymienionych zespołów osiągnęli, uwaga, Amerykanie. Srebrni medaliści ZIO z 1952 roku z Oslo, a także czwarty zespół MŚ z 1955 roku, który jednak do Cortiny przyjechał w zmienionym składzie.

Polacy na miejsce rozgrywania turnieju olimpijskiego dotarli jako ostatni. Czy miało to jakieś przełożenie na wyniki? Trudno powiedzieć. Nie ulega jednak wątpliwości, że inna kwestia miała na rezultaty osiągane przez nasz zespół wpływ znaczący. Do Cortiny postanowiono bowiem nie zabrać czołowego polskiego hokeisty pierwszych lat powojnia, Stefana Csoricha. Jedni powiedzą, że należało odmłodzić kadrę, a legendarny już wtedy "Papa" liczył sobie już 35 lat. Przyczyna braku powołania dla tego zawodnika była jednak zgoła inna.

Otóż w czasie II wojny światowej Csorich służył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Zresztą jego wojenna odyseja, to oddzielny, bardzo ciekawy temat. Walczył w kampanii wrześniowej, został internowany na Węgrzech, nad Dunajem, a następnie trafił do Włoch i Francji, gdzie służył w 2 Dywizji Strzelców Pieszych. Został ranny, a następnie internowany w Szwajcarii, gdzie grał w hokeja. Ponownie przedostał się, w sposób nielegalny, do Francji, aż wreszcie skierowano go do maczkowskiej dywizji. Później trafił do Szkocji, gdzie... grał w hokeja, w barwach zespołów Dundee Tigers i Falkirk Lions. W 1946 wrócił do Krynicy, gdzie zajął się - jako zawodnik i działacz - odbudową życia hokejowego.

W reprezentacji Polski grał od momentu jej powojennej reaktywacji, wystąpił już na MŚ w 1947 roku w Czechosłowacji, a także na ZIO w Sankt Moritz (1948) i Oslo (1952) oraz w MŚ w 1955 toku. Jakim zatem cudem odmówiono mu wyjazdu do Cortina d'Ampezzo, mimo iż wcześniej występował na turniejach po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”? Tego nikt tak naprawdę poważniej nie zgłębił. Czyżby komunistyczni notable mieli jakieś przecieki, że np. Csorich, jako żołnierz gen. Maczka, zamierza zostać za granicą? Mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że wyśmienity hokeista miał małe dzieci. 7-letnią Krystynę, 5-letniego Mariana i zaledwie 2-letniego Bogdana. Syn ostatniego z wymienionych, Marian, już w XXI wieku zostanie trzykrotnie mistrzem Polski z Cracovią.

Bez Stefana Csoricha zatem Polska przystąpiła do olimpijskiej rywalizacji. Grupa, trzeba przyznać, trafiła się nam trudna. Z Amerykanami i Czechosłowakami przegraliśmy na MŚ w 1955 roku. Wprawdzie wspomniany Stefan Csorich strzelił drugiej z wymienionych drużyn 2 gole w meczu rozgrywanym w Krefeld, ale skończyło się... 2:17. Na igrzyskach kalendarz ułożył się w ten sposób, że nasi rywale najpierw zagrali między sobą. Czechosłowacja wygrała z USA 4:3, a z Amerykanami graliśmy następnego dnia.

Rzeszot był bezwzględny

Hokeiści z Ameryki Północnej nie grali już tak ostro, jak cztery lata wcześniej, kiedy to starcie na IO w Oslo zakończyło się awanturą i zwycięstwem Team USA 5:3, po dobrym naszym meczu, ale znów okazali się lepsi. Rywale objęli prowadzenie 1:0 w pierwszej tercji. W drugiej Polacy mieli kilka świetnych szans, by wyrównać i powalczyć tym samym o zwycięstwo, które oznaczałoby awans do najlepszej szóstki turnieju. Nie wykorzystaliśmy jednak gry w przewadze, w kluczowych momentach zawodzili nasi napastnicy. Pudłowali Józef Kurek, bracia Wróblowie i Hilary Skarżyński. Ciekawe, co wówczas pomyśleli sobie nasi trenerzy, Mieczysław Palus i Władysław Wiro-Kiro, którzy nie mogli, z powodów politycznych, skorzystać ze Stefana Csoricha. Który miał wówczas na swoim koncie ponad 30 goli w narodowych barwach.

Nie mogąc skorzystać z „Papy” trenerzy, czego nie można mieć im za złe, postanowili grać już w drugiej tercji na dwie piątki i, mówiąc kolokwialnie, drużyna się „zajechała”. To było widać w trzeciej odsłonie, w której mocniejsi fizycznie Amerykanie łatwo Polaków wypunktowali. Prasa, a konkretnie korespondent „PS” na IO w Coritnie, Stefan Rzeszot, przyczyn porażki doszukiwał się jednak gdzie indziej.

„W tym stanie rzeczy mieliśmy i mamy prawo domagać się od naszych napastników walki do ostatniego tchu. Walki takiej, żeby każdy z nich schodził z lodu spocony, parujący i zziajany. A tymczasem prawie wszyscy wjeżdżali do boksu po półtorej, dwóch minutach gry z suchutkiem czołem, z lekka tylko przyspieszonym oddechem.” – pisał dziennikarz i nie sposób opędzić się od wrażenia, bo przecież nikt tego meczu nie widział, nawet w TV, że oczekiwania wobec naszych hokeistów były ogromne. W końcu mierzyliśmy się z reprezentacją kraju, który był liderem wrogiego obozu politycznego.

Sześć goli w 8 minut

Tak ochoczo nie skrytykowano tymczasem Polaków za porażkę z Czechosłowacją, z wiadomych względów, mimo iż klęska 3:8 oznaczała, że w czołowej szóstce turnieju biało-czerwonych zabraknie. Zresztą przed meczem nikt o zdrowych zmysłach nawet nie marzył, że ogramy tego przeciwnika, a by awansować do finałowej batalii musieliśmy tego dokonać różnicą trzech goli. Jako jednak, że sport bywa nieprzewidywalny, przez bardzo krótki moment zatliła się iskierka nadziei. Bo oto na początku drugiej tercji nasz zespół, zupełnie niespodziewanie, objął prowadzenie 3:1! A wszystkie bramki strzelił dla naszego zespołu Hilary Skarżyński. Tak mówią nasze źródła. Czeskie wskazują na to, że gola na 1:1, jeszcze w pierwszej tercji, zdobył Mieczysław Chmura.

Tak, czy inaczej strata trzeciej bramki rozsierdziła zespół czechosłowacki do cna. Między 26, a 34. minutą meczu nasz bramkarz, Władysław Pabisz, sześć razy wyjmował krążek z siatki. Dwa razy na listę strzelców wpisał się m.in. Slavomír Bartoň, który w latach 1977-80 poprowadzi reprezentację Polski. Skończyło się 8:3 dla faworyta, co oznaczało, że Czechosłowacja - zgodnie z przypuszczeniami - zagra o medale, ciągnąc za sobą do kolejnej fazy zespół amerykański. Nam pozostała gra o miejsca 7-10.

Dalszy udział w turnieju zszedł w polskich mediach na dalszy plan. Po pierwsze dlatego, ponieważ 31 stycznia Franciszek Groń-Gąsienica wywalczył dla Polski pierwszy w historii medal zimowych igrzysk, zdobywając brąz w kombinacji norweskiej. A po drugie, bo bardziej niż meczami biało-czerwonych ze Szwajcarią, Austrią i Włochami, polska prasa zajmowała się poczynaniami znakomitej drużyny radzieckiej, choć przyczyny tego „zajmowania się” tą drużyną nie do końca wynikały z docenienia wysokich umiejętności drużyny, którego wiodącą postacią był Wsiewołod Bobrow.

Dalibyśmy się pokroić

Tytuł w "PS" Hokeiści ZSRR na czele dzielił czołówkę wydania z 1 lutego z opisem pierwszego polskiego medalu zimowych igrzysk. Trzy dni później znów pisano głównie o hokeistach radzieckich i ich wiktorii 4:0 nad USA. O naszych starciach ze Szwajcarią (6:2), Austrią (4:3) i Włochami (2:5) informowano dopiero na stronie 4. Polaków pochwalono za triumf w pierwszym mecz, a starcie z Austriakami nazwano naszym najsłabszym występem. „Tylko ósme miejsce przypadło Polakom po przegranej 2:5 z gospodarzami Igrzysk” - napisano po naszym ostatnim meczu. Nie trzeba nikomu udowadniać, że dziś za „tylko ósme miejsce” na ZIO wielu z nas dałoby się pokroić.

Jako swoiste curiosum należy podać, iż spotkania drużyny włoskiej w ostatnich dniach turnieju, m.in. i mecz Polską. nie gromadziły więcej niż 20 (dwadzieścia) osób na widowni.” – pisał, podsumowując udział w turnieju naszego zespołu, red. Rzeszot.

Ósme miejsce naszego zespołu w Cortina d'Ampezzo przyjęto chłodno, choć Witold Domański w książce „Śladem hokejowego krążka” pisze, że przy takim systemie rozgrywek nasz zespół mógł wywalczyć co najwyżej siódmą lokatę. Legendarny dziennikarz zwraca uwagę na fakt, że porażka z USA była tak naprawdę nieznaczna, bo przez dwie tercję graliśmy w tym meczu, jak równy z równym, a Amerykanie na turnieju pokonali m.in. Kanadę i Czechosłowację. Czytając jednak wspomnienia Domańskiego trzeba uważać. Otóż dwukrotnie podaje on błędny wynik meczu z Amerykanami, pisząc, że przegraliśmy 1:4. Wszystkie inne źródła, polskie, czeskie i olimpijskie, podają wynik 0:4.

Czytaj także:

Liczba komentarzy: 0

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zaloguj się do swojego konta!
© Copyright 2003 - 2026 Hokej.Net | Realizacja portalu Strony internetowe