To się nie miało prawa wydarzyć. Pół wieku temu w katowickim Spodku Polacy pokonali Związek Radziecki 6:4 w najsłynniejszym meczu w dziejach polskiego hokeja.
Kwietniowy wieczór był raczej chłodny. Wcześniej w ciągu dnia siąpił nawet deszcz. W niczym aura nie przypominała tej sprzed kilku dni. Słoneczny weekend, który przyniósł pierwsze westchnienia wiosny, szybko odszedł w zapomnienie. Kolejny zapowiadał się nieciekawie, choć dla sympatyków sportu nie miało to większego znaczenia. Wszystkie oczy skierowane były bowiem na katowicki Spodek, dumę stolicy Górnego Śląska, która stała się areną mistrzostw świata w hokeju na lodzie. Najlepsze na świecie zespoły zjechały do Polski po 45 latach przerwy.
43. edycja światowego czempionatu rozpoczęła się w czwartek, 8 kwietnia popołudniu, ale kulminacyjnym punktem pierwszego dnia rywalizacji miała być ceremonia otwarcia i wieczorny mecz Polska – Związek Radziecki. Choć kibice raczej nie liczyli na to, że biało-czerwoni mogą w tym meczu cokolwiek ugrać, nie zawiedli. Hala wypełniła się po brzegi. Czy było 8,5, czy też 10 tysięcy ludzi na trybunach, jak podają różne źródła? Nie ma to dziś większego znaczenia. Po wsze czasy bowiem ci, którzy z bliska widzieli to spotkanie, śmiało mogą zaliczać się do wybrańców. Telewizja Polska meczu, który rozpoczął się o godz. 20:00, nie transmitowała "na żywo". Pokazano wcześniejsze spotkanie Finów z Amerykanami, a retransmisję naszego spotkania zaplanowano na 23:00.
Dlaczego? Podobno obawiano się, że na trybunach dojdzie do ekscesów politycznych przeciwko władzy. Inna z teorii mówi o tym, że Polakom chciano oszczędzić kolejnej traumy zadanej z rąk nielubianego wielkiego brata. Bo przecież nawet w najdzikszych snach kogoś niespełna rozumu nie miała prawa pojawić się cień wizji zwycięstwa biało-czerwonych nad Czerwoną Maszyną. Do meczu w Katowicach zmierzyliśmy się z ZSRR 27 razy i tyleż samo razy przegraliśmy. Strzeliliśmy 32, a straciliśmy 270 goli, czyli średnio 10 na mecz. 12 razy zespół radziecki strzelał nam więcej niż 10 goli. 7-krotnie przegrywaliśmy do zera, a w 12 spotkań zdołaliśmy strzelić tylko honorowego gola. Cztery mecze, bezpośrednio poprzedzające katowickie starcie, kończyły się wynikami: 0:17, 2:13, 1:15 i 1:16. Ostatni z wymienionych rezultatów padł równo dwa miesiące wcześniej, podczas IO w Innsbrucku. A ostatnim w miarę niezłym dla nas rozstrzygnięciem było 3:9 podczas MŚ w 1973 roku w Moskwie, choć podczas tego samego turnieju przegraliśmy też 0:20.
Andrzej Tkacz i smutni panowie
Nie było zatem żadnych podstaw ku temu, by myśleć, że Polacy mogą sprawić sensację. Być może właśnie dlatego postanowiono wyemitować w Jedynce 10. odcinek serialu "Ile jest życia", a następnie program "Pegaz'. W Dwójce nadano program estradowy z NRD, a następnie film dokumentalny. Telewidzowie zatem mogli podziwiać aktorstwo Andrzeja Zaorskiego i Ewy Szykulskiej lub bawić się przy zachodnioniemieckiej muzyce, a tymczasem w Spodku szaleli m.in. Mieczysław Jaskierski, Andrzej Tkacz i Wiesłał Jobczyk. Bohaterowie, sprawcy jednej z największych, o ile nie największej sensacji w historii polskiego sportu, to po pierwsze. A po drugie – w historii światowego hokeja.
Mówiąc o "Meczu wszech czasów", "Cudzie w Spodku", "Cudzie nad Rawą" – jak zwał, tak zwał – pewnych oczywistości pominąć się nie da. Dzień przed meczem wspomniany Andrzej Tkacz zaliczył nieprzyjemną konfrontację z pracownikami Służby Bezpieczeństwa. Legendarny "Bocian", za zgodą trenera, udał się na egzamin ze statystyki. Wracając do sosnowieckiego Novotelu, gdzie zakwaterowano 7 z 8 drużyn uczestniczących w mistrzostwach – poza ekipą radziecką, która spała w hotelU Katowice – chcący wylegitymować się identyfikatorem Tkacz został wzięty za agresora i wepchnięty do samochodu przez duet smutnych panów. Gdyby nie interwencja przypadkowego milicjanta z drogówki, który akurat rozpoznał hokeistę, to kto wie, jak to wszystko by się skończyło. Trudno jest sobie wyobrazić, że bylibyśmy w stanie drużynę radziecką pokonać bez fenomenalnej postawy bramkarza. Tkacz obronił 33 z 37 strzałów, interweniując nie raz w beznadziejnych sytuacjach.
W książce "Cuda na kiju" Piotra Chłystka, Andrzej Tkacz zaprzecza jednemu z mitów, jaki przez lata narósł wokół tego spotkania. Mówiącemu o tym, że hokeistom zakazano przesadnie się cieszyć ze zwycięstwa. Radość była przecież ogromna, bo pomimo gigantycznego zmęczenia – starcie kosztowało naszych hokeistów mnóstwo sił – przeważała świadomość dokonania czegoś wielkiego, czegoś zupełnie niemożliwego. Zresztą po każdej z bramek, a tych strzeliliśmy drużynie radzieckiej sześć, czyli więcej niż w czterech poprzednich meczach razem wziętych, nasi wiwatowali. A wszystko zaczęło się od gola w 11. minucie spotkania. Broniliśmy się od początku meczu we własnej tercji i czyhaliśmy na kontry – takie było założenie trenera Józefa Kurka – ale gdy nagle do podania Walentego Ziętary wystartował Mieczysław Jaskierski, ludzie wstali z miejsc.
Jaskierski jednak umiał strzelać
Nowotarżanin huknął jak z armaty i ryk euforii wypełnił Spodek. Środkowy pierwszego ataku odebrał zasłużone gratulacje od całego zespołu, a cztery minuty później w objęcia kolegów wpadł Ryszard Nowiński. Niesamowitą kontrę po wznowieniu zagrała piątka ŁKS-u i to właśnie debiutujący w barwach narodowych zawodnik podwyższył na 2:0. Inny z Łodzian, znakomity dziennikarz Wojciech Filipiak, który relacjonował mistrzostwa świata, gola tego jednak nie widział. Podobnie, jak trafienia Jaskierskiego
Siedziałem w biurze prasowym i opisywałem wcześniejsze mecze. Myśleliśmy, że w redakcji wezmą wynik z PAP-u, przykładowo 0:17, i tyle. Gdy po pierwszej tercji zorientowałem się co się dzieje, zadzwoniłem do Bogusia Kukucia, który miał dyżur, i powiedziałem, żeby wszystko wyrzucił. On na to: „Co Ty gadasz, jak to Polska prowadzi? – wspomina legendarny dziennikarz.
Związek Radziecki też w tym meczu strzelał gole, bo przecież Andrzej Tkacz skapituował czterokrotnie, ale panowie Michajłow, Charłamow i Jakuszew, którym udało się znaleźć sposób na „Bociana”, muszą nam wybaczyć. Nie będziemy się o ich dokonaniach strzeleckich rozpisywać, bo to nasze złote gody i nasze święto. Które trwało w najlepsze w drugiej tercji. Wiesław Jobczyk drogę do hat tricka rozpoczął po podaniu Leszka Kokoszki i świetnym strzale z bekhendu. 21 sekund później pada słynne "Co się dzieje?!" z ust red. Stefana Rzeszota, którego komentarz do tego meczu jest niemniej legendarne niż samo spotkanie. Sprawozdawca nie dowierza, że krążek po raz kolejny wpada do radzieckiej bramki. Bo kolejna wspaniała bomba Jaskierskiego przelatuje obok zaskoczonego Sidielnikowa. Trudno to dziś stwierdzić, nikt nie miał przecież decybelomierza, ale eksplozja radości wśród polskich kibiców chyba po tym golu była największa, choć – jak mówił Rzeszot – niektórzy nie wierzyli, że Jaskierski potrafi strzelać.
Na 5:2, nieco ponad cztery minuty po swoim pierwszym golu w tym meczu, trafia Jobczyk. Najpierw skutecznie gracz Baildonu naciska Cygankowa, który traci krążek. Przed szansą na bramkę staje Kokoszka, ale ostatecznie guma trafia do 22-latka z Siedlec, który pokonuje legendarnego Władysława Trietiaka. Ten po czwartym przepuszczonym golu zastąpił Sidielnikowa. To, że najlepszy bramkarz na świecie nie rozpoczął meczu z Polską od pierwszej minuty było dowodem na to, że ekipa radziecka była całkowicie pewna zwycięstwa. Odkąd Trietiak zadebiutował w reprezentacji ZSRR na wielkiej imprezie, a były nią od MŚ w 1970 roku, drużyna ta przegrała tylko jeden duży turniej, MŚ w 1972 roku.
Gdzie jest kij Jobczyka?
Człowiekowi Tysiąca Rąk jednej ręki zabrakło na 63. sekundy przed końcem spotkania. Polacy wyprowadzają – przy stanie 5:3 – kolejną, zabójczą kontrę. Jobczyk strzela potężnie, a po chwili – rozentuzjazmowany trzecim swym trafieniem – wyrzuca kij do góry. Następnie niknie postać Siedlczanina pod zwaliskiem ciał kolegów, a ów kij – oczywiście smoleń – również znika i nigdy nie zostaje odnaleziony. Co stało się ze sprzętem, którym napastnik katowickiego Baildonu strzelił trzy gole drużynie radzieckiej? Do dziś nie wie nikt, choć żyje legenda mówiąca o tym, że Smolenia zabrali Ruscy. Szkoda, bo niewątpliwie dziś kij ten byłby niezwykle cennym eksponatem muzealnym. Jak narty Adama Małysza, kask Bartosza Zmarzlika czy rakieta Igi Świątek.
Sensacja stała się faktem. 6:4 – oto wynik meczu. Dwie cyfry, które w świadomości każdego kibica hokeja w naszym kraju są niczym Święty Graal. Są symbolem nie tylko meczu wszech czasów, ale również tego, że można dokonać niemożliwego. Oczywiście polityczno-historyczne konotacje triumfu nad Ruskimi były oczywiste i również miały wymiar symboliczny. Podobnie było kilka miesięcy później, na IO w Montrealu, kiedy drużynę radziecką pokonali nasi siatkarze. Różnica jednak polegała na tym, że zespół Huberta Jerzego Wagnera, choć dokonał wielkiej rzeczy, nie sprawił sensacji, ani nawet niespodzianki. No i nie został tak przez rywala zlekceważony, jak drużyna Józefa Kurka, a następnie przez nią ukarany.
Byli załamani
Nasz szkoleniowiec, niewątpliwie architekt sukcesu w Spodku, był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi.
Nigdy nie myśleliśmy, że wygramy z czternastokrotnymi mistrzami świata, doskonałymi hokeistami radzieckimi. Drużyna zagrała niezwykle ambitnie, walczyła od pierwszej do ostatniej minuty, przede wszystkim bez zarzutu zrealizowała założenia taktyczne. Graliśmy uważnie w obronie, nastawiając się na kontrataki. I właśnie z tych wypadów zdobyliśmy większość bramek. W końcowy sukces uwierzyłem dopiero na 3 minuty przed zakończeniem meczu, kiedy to Ljapkin powędrował na ławkę kar. Cała drużyna zasłużyła na pochwałę, bohaterem spotkania był jednak Andrzej Tkacz – mówił nasz szkoleniowiec po spotkaniu.
Ekipa radziecka po meczu była zszokowana wynikiem. Trener Kułagin przyznał jednak, że Polska była zespołem lepszym i wygrała zasłużenie.
Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy, takiej postawy drużyny polskiej – kręcił głową opiekun ZSRR, który dodawał, że mimo wszystko jego zespół w przeszłości wychodził z gorszych opresji obronną ręką. Tym razem jednak się nie udało.
Na ile wpływ na postawę ekipy radzieckiej miał konflikt w zespole między „wojskowymi”, a „cywilami”, czyli między graczami CSKA Moskwa, a resztą? Nie wiadomo, tak samo, jak nie wiadomo, czy drużyna naprawdę grała przeciwko Kułaginowi, o czym szeptali radzieccy dziennikarze. Pewne jest natomiast to, że po przegranym meczu z Polską gracze ZSRR wypili dużo wódki, której nie odmawiali już do końca turnieju.
Po tym meczu Ruscy byli załamani. Siedzieli dwa tygodnie w hotelu Katowice i pili – powiedział mi wiele lat temu, podczas seminarium magisterskiego, prof. Jan Przewłocki, znakomity historyk Uniwersytetu Śląskiego, który podczas MŚ w Katowicach był jednym z opiekunów radzieckiej drużyny. Zażyczyło sobie bowiem kierownictwo tej ekipy wykształconego człowieka, władającego nie tylko językiem rosyjskim, ale także francuskim, a prof. Przewłocki we Francji się urodził.
Czytaj także: