– Była taka radość, o jakiej wcześniej człowiek nawet nie śmiał pomyśleć. Nawet w najśmielszych marzeniach nie było takiej przegródki, by ograć Związek Radziecki – mówi w 50. rocznicę meczu wszech czasów jeden z jego bohaterów, autor hat tricka, Wiesław Jobczyk.
HOKEJ.NET: – Rozmowy o meczu w Spodku nie sposób nie zacząć od tego, co dwa miesiące wcześniej wydarzyło się na igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku. Jechaliśmy tam z dużymi nadziejami, tuż przed imprezą pokonaliśmy RFN 4:1, która później zdobyła brązowy medal. A my przegraliśmy m.in. 1:16 z ZSRR.
– Po pokonaniu Niemców naprawdę mieliśmy wielkie apetyty, ale gdy weszliśmy do wioski olimpijskiej zmieniło się wszystko diametralnie. Przede wszystkim było tak, że nie zabrano na IO drugiego trenera, Emila Nikodemowicza, który znajdował się w składzie naszej ekipy. Jakiś „bubek” z Warszawy, stwierdził, że że zamiast niego pojedzie sobie na igrzyska były "pałkownik". Finalnie tak się jednak nie stało, bo na igrzyska trzeba zgłaszać członków ekipy dużo wcześniej, a ten ktoś zgłoszony nie był. Zrobiło się wolne miejsce i stwierdzono, by wziąć Józka Batkiewicza, czynnego zawodnika, który do składu na Innsbruck się po prostu nie załapał. Stanęło na tym, że w końcu pojechał z nami do... pomocy, w roli asystenta trenera Józefa Kurka. Przez całe to zamieszanie atmosfera była straszna. Prawdę mówiąc, i nie tylko z tego powodu, nie pamiętam, czy atmosfera za czasów mojej gry w reprezentacji była aż tak kiepska. Uważam, że niektórzy zawodnicy zostali wzięci za zasługi i nie byli już tak zaangażowani, jak my, młodzi.
A mecz przegrany z drużyną radziecką, rozegrany równo, co do dnia, na dwa miesiące przed starciem w Spodku, to była klasyczna hokejowa karuzela?
– To była straszna rzecz. Wyglądaliśmy przy nich, jak kopciuszki, które nie potrafią grać w hokeja. Byliśmy dla rywala zerowym tłem. To było smutne dlatego, że przecież można przegrać, ale po walce, a w tym spotkaniu nie było niczego. Oni się po prostu z nami bawili w kotka i myszkę. Jasne, że mogło być w tym meczu wyżej. No, ale nie było, choć pogdybać sobie możemy. Generalnie wszyscy do dziś mówią, że całe igrzyska w Innsbrucku były nieudane, bo w fazie finałowej przegraliśmy wszystkie mecze. Zajęliśmy jednak szóste miejsce, a w tamtych czasach taka lokata we wszystkich zimowych dyscyplinach na igrzyskach to było jednak coś.
Po Innsbrucku, na już niecałe dwa miesiące przed turniejem w Katowicach, trener Kurek zrezygnował. Przed pierwszymi od 45 lat mistrzostwami świata w Polsce, pierwszym takim turniejem dla Was. To był szok?
– Trener Kurek był bardzo honorowym człowiekiem. Zdawał sobie sprawę, że nie stworzył takiego zespołu, jaki można było stworzyć. Dlatego podał się do dymisji, która jednak nie została przyjęta. Wtedy, przed mistrzostwami świata, zdecydował się na zmiany i nasze zestawienie różniło się od tego olimpijskiego znacznie. Ponadto bardzo ważny był powrót trenera Nikodemowicza.
Stało się tak, że grupę na MŚ można było podzielić na trzy części. Pierwsza to na nowotarska, druga złożona z chłopaków grających w klubach katowickich – GKS-ie i Baildonie – i trzecia, łódzka.
– Z perspektywy czasu to była absolutnie najlepsza decyzja, jaką trener Kurek mógł podjąć. Wcześniej było tak, że w większych liczbach jeździli zawodnicy z Nowego Targu i… różnie to bywało. Gdy stanowili połowę całej reprezentacji, to byli górą i wtedy zarządzali. Jak widać to zarządzanie nie zawsze im dobrze szło. W Katowicach nie było ich zbyt wielu. Znakomitym ruchem okazało się wstawienie piątki z Łodzi, która zaprezentowała świetne podejście, na czele ze wspaniałym środkowym, Józefem Stefaniakiem. On, jak mało kto, potrafił trzymać wszystko w ryzach. Nie tylko w swojej piątce, ale w całym zespole. To był „gościówa – cudo”, robił całą atmosferę w zespole. A my, jak to młodzi, byliśmy stęsknieni gry i walki na całego. Jak wiemy zza kulis życia reprezentacji, gdy wśród bramkarzy był Walery Kosyl, to nie mógł z nim razem być Andrzej Tkacz. Gdy, z kolei, Andrzej był numerem jeden, to widzieliśmy, co potrafił i co wyprawiał między słupkami.
Przed meczem ze Związkiem Radzieckim odbyła się ceremonia otwarcia turnieju, a gdy wyszliście na lód, to trybuny pękały w szwach. Jakie emocje towarzyszyły Wam tuż przed meczem?
– Emocje były szalone. Po raz pierwszy mieliśmy zagrać przed własną, tak liczną publicznością. Grywaliśmy dla 3-4 tysięcy ludzi na zwykłych lodowiskach, ale nikt z nas nie grał przed taką widownią w takiej hali. Samo otwarcie też zrobiło na nas wrażenie, choć mogliśmy się tego spodziewać, bo widzieliśmy jego próby. Ale absolutnie nie spodziewaliśmy się tego, że kibice aż tak gorąco będą dopingować i poniosą nas do zwycięstwa. To okazało się kluczowe, naprawdę przez cały mecz nie czuliśmy zmęczenia.
Wśród wielu opinii o tym spotkaniu, wygłaszanych od pół wieku, ta, która przewija się chyba najczęściej, mówi, że zespół radziecki nas zlekceważył. To na pewno, ale w jakim stopniu?
– W ogromnym. Zespół radziecki bardzo nas zlekceważył na samym początku i to było widać już od rozgrzewki. Oni po prostu olali to spotkanie i podeszli do niego, jak do jakiegoś słabszego treningu. Wyobrażali sobie, że będzie coś podobnego, jak w Innsbrucku. Ale po naszych dwóch golach na początku spotkania i tej atmosferze, która dzięki prowadzeniu zrobiła się na trybunach, rączki zaczęły im się trząść. Tak jest zawsze, nawet, gdy gra się ze słabeuszem, a wynik nie jest korzystny. Przecież oni nie chcieli tego meczu przegrać, po prostu byli pewni, że wygrają. Czy widziano, że zawodnicy ze Związku Radzieckiego, w starciach z Polską, tyle razy siedzieli na ławce kar? Sam wielki Borys Michajłow dwa albo trzy razy siedział. Nie mogło mu przejść przez głowę, że koło niego przejeżdża jakiś „pospieszny” z Polski, a on nie potrafi sobie z nim poradzić!
Ten sam Michajłow trafia na początku drugiej tercji na 2:1. Zespół radziecki chyba pomyślał sobie, że szok po pierwszej odsłonie ustąpił. Tymczasem urywa się pan prawym skrzydłem, bierze na prawo mistrza olimpijskiego i czterokrotnego mistrza świata, Ljapkina, i ładuje z bekhendu pod poprzeczkę…
- Niczego nie zaplanowałem, to było spontaniczne i wynikało z tego, co potrafiłem i oczywiście z gry. Wszystko, jak to w hokeju, wydarzyło się bardzo szybko. Człowiek w takich momentach nie ma czasu, żeby pomyśleć. Było miejsce, strzeliłem i wpadło. Po prostu. Tak prawdę mówiąc, to nie pamiętam, kto był tym obrońcą, którego ograłem, bo o takich sprawach również się nie myślało. Wiedzieliśmy przecież, że był to najlepszy na świecie zespół radziecki, w którym grali tylko znakomici hokeiści. Po tym golu, jak zresztą po wszystkich naszych bramkach, była taka radość, o jakiej wcześniej człowiek nawet nie śmiał pomyśleć. Nawet w najśmielszych marzeniach nie było takiej przegródki, by ograć Związek Radziecki.
Gdy na 63 sekundy przed końcem trafił pan na 6:3, strzelając swojego trzeciego gola w tym meczu, dotarło do pana – podobnie, jak do komentującego to spotkanie red. Stefana Rzeszota – że tego meczu nie przegramy?
– Zgadza się, dopiero wtedy, po golu na 6:3, pomyślałem sobie, i nie tylko ja, że nie przegramy, choć… mogliśmy jeszcze zremisować, bo przecież kilkanaście sekund później rywal strzelił jeszcze jednego gola.
Wybitny Tkacz, świetny Jobczyk, znakomity Jaskierski. "Cud na lodzie", "Cud w Spodku", "Cud nad Rawą", "Obrona Częstochowy". Jasne, że nikt zwycięstwa się nie spodziewał, ale oglądając to spotkanie, nawet teraz, naprawdę trudno jest się oprzeć wrażeniu, że zagraliśmy doskonały mecz. Jasne, że Andrzej Tkacz bronił wybitnie, Związek Radziecki oddał więcej strzałów, ale też potrafiliśmy być równorzędnym przeciwnikiem i to nie był przypadek.
– Trzeba podkreślić, że każda piątka strzelała gole. Jeszcze raz warto docenić formację łódzką, która zrobił fenomenalną robotę. Zagraliśmy świetnie w obronie, bo też mieliśmy kapitalnych defensorów we wszystkich piątkach. Roberta Góralczyka w nowotarskiej, czy Jurka Potza w swojej. Jak wiadomo w telewizji mecz szedł z poślizgiem i jak oglądaliśmy go już w pokoju, z Andrzejem Zabawą, to się tak zastanawialiśmy. "To na pewno my tak dobrze gramy?" Chyba dopiero wtedy dotarło do nas, jak się zaprezentowaliśmy i co w tym meczu zrobiliśmy. Radość była nie do opisania. Cóż, ten nasz występ musiał się wszystkim spodobać.
A co działo się w szatni po spotkaniu? Bo słyszało się różne "legendy", a jedna z nich mówi, że była "oranżada"…
– "Oranżada" w czasie mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich? To chyba tylko debile potrafią się napić. Dla mnie i dla Andrzeja Zabawy, z którym byłem w pokoju, byłoby to największą głupotą, jaką byśmy zrobili w życiu. Rzeczywiście po meczu z ZSRR trudno było zasnąć ze zmęczenia, ale tak jest po każdym spotkaniu. Nogi bolą, puchną. Wtedy nie było tak, jak dziś, że wchodzi się do worka z lodem. Zresztą w tamtych czasach wymyślili tak, że wchodziło się do… ciepła, czyli do sauny, która podobno była potrzebna. Zazwyczaj po meczach zasypiało się o 2-3 w nocy, dla mnie to była normalna sprawa. Gdy człowiek jest totalnie wypruty po spotkaniu, to nie ma szans przez kilka godzin zasnąć.
Który z radzieckich hokeistów, z poziomu lodu, zrobił na Panu największe wrażenie? Legend na tafli nie brakowało.
– Zdecydowanie pierwszy atak, szczególnie Michajłow i Charłamow. Oni byli szalenie niebezpieczni. Znali się, jak łyse konie i grali na pamięć. Trudno było ich rozszyfrować i znaleźć jakąkolwiek receptę. Wcześniej mieli do trójki Pietrowa, którego w Katowicach zastąpił na środku Malcew. Robili wrażenie gości z innej planety, jak mieli krążek, to człowiek cały się trząsł, choć trzeba było jak najszybciej być przy nich, by choć spróbować im przeszkodzić, bo w przeciwnym wypadku gol był nieunikniony.
Czy mecz w Spodku w jakimś sensie zdefiniował pańską karierę i życie?
– Na pewno przez ten mecz byłem człowiekiem rozpoznawalnym, bo nasza wygrana bardzo utkwiła ludziom w pamięci. Zresztą nie tylko w Polsce. O naszym zwycięstwie w Katowicach było naprawdę głośno na całym świecie, a w naszym środowisku jest tak do dziś. 6:4 w Spodku, to jedna z największych niespodzianek w historii światowego hokeja. Pod pewnymi względami łatwiej się z tym żyło.
Za triumf z ZSRR mieliście dostać po samochodzie, a skończyło się na tym, że wręczono wam po zegarku i to była w zasadzie jedyna namacalna nagroda za tamten historyczny wyczyn.
– W przerwie podczas turnieju byliśmy zwiedzać Fabrykę Samochodów Małolitrażowych w Tychach i ktoś rzucił hasło, że jak się utrzymamy, to dostaniemy po samochodzie. Do dziś nie do końca wiadomo, czy to miało być po talonie, czy już po aucie. Ja tego nie rozszyfrowałem. Na zakończenie mistrzostw I sekretarz KW PZPR, Zdzisław Grudzień, zaprosił całą drużynę na obiad i wręczył nam – tego wcześniej nie wiedzieliśmy – zegarki pozłacane Tissota. Można je było dostać jedynie w Peweksie, choć nie wiem, ile kosztowały. Po mistrzostwach podarowałem go swojemu tacie, który nosił go przez długie lata. Żartowałem z tatą i mówiłem, że jak chce dostać „wciry” od kolegów, to pokaż im kopertę, na której jest napisana dedykacja „Od KC PZPR w Katowicach”. Tato przed śmiercią, przeżył ponad 90 lat, powiedział, żebym zabrał ten zegarek na pamiątkę i mam go do dziś.
Po wielkim wyczynie pozostała zatem pamiątka, choć przecież tak naprawdę wiktoria nad ZSRR nic nam nie dała. Spadliśmy do grupy B, choć przecież wcale nie musieliśmy.
– Tak naprawdę, to do dziś nie za bardzo mogę zrozumieć, jak to się stało, bo my naprawdę na tym turnieju graliśmy bardzo dobrze. W pierwszej fazie zdobyliśmy pięć punktów, o dwa mniej od Amerykanów, którzy awansowali do czwórki i grali o medale! Gdybyśmy z nimi wygrali (skończyło się porażką 2:4 – dop. red), to bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Utrzymalibyśmy się spokojnie i, co może brzmieć abstrakcyjnie, gralibyśmy o medal. Dlatego uważam, że mieliśmy wówczas super drużynę. Niestety skończyło się inaczej. Sport jest sportem, nic nie poradzimy.
Rozmawiał: Jakub Kubielas
Czytaj także: