Hokej.net Logo

Jeden sezon, dwóch mistrzów! Nocna epopeja o mistrzostwo Polski

Drużyna Pogoni – wicemistrz Polski w hokeju na lodzie z 1929
Drużyna Pogoni – wicemistrz Polski w hokeju na lodzie z 1929

W 1933 roku w decydującym starciu o mistrzostwo Polski zmierzyły się Lwów i Legia Warszawa. W starciu tym, choć trwał bardzo długo, do... wczesnych godzin porannych dnia następnego, nie wyłoniono jednego triumfatora.

Przedwojennej rywalizacji o mistrzostwo Polski w hokeju na lodzie nie da się oczywiście w żaden sposób porównać z obecną. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że w znacznej mierze była ona uzależniona od kaprysów pogodowych, które paraliżowały poszczególne edycje w mniejszym bądź w większym stopniu. Kolejnym powodem były problemy natury organizacyjnej, o czym szerzej pisaliśmy w tekście o zmaganiach o tytuł MP w 1939 roku, kiedy to finalnie najlepszy okazał się katowicki Dąb. Tamtej przypadek to jednak świetny dowód na to, że w historii przedwojennej rywalizacji o miano najlepszej drużyny w naszym kraju można odnaleźć sporo "smaczków", co czyni ją szalenie ciekawą.

Tak było również w 1933 roku, kiedy to - jedyny raz w historii polskiego hokeja - przyznano dwa tytuły mistrzowskie. To absolutny precedens, bo w innych rozgrywkach ligowych w Polsce, które odbywają się do dziś cyklicznie, czy to piłkarskich, siatkarskich, koszykarskich, hokejowych czy też żużlowych, nigdy podobna sytuacja nie miała miejsca. Bywało, że tytuły odbierano. Jak np. piłkarskiej Legii Warszawa, po niesławnej "niedzieli cudów" w 1993, czy żużlowej Unii Leszno w 1984 roku, ale dwóch mistrzów Polski w tych dyscyplinach nie było. Podobny przypadek do tego z naszej dyscypliny można znaleźć jedynie w lidze bokserskiej. W 1982 roku, z powodu nieprawidłowości regulaminowych w meczu finałowym pomiędzy Legią, a Gwardią Warszawa, złote medale przyznano obu stołecznym zespołom.

Odwilż atakuje

Wracamy jednak na lodową taflą, a zasadnicza różnica między przypadkiem hokejowym i bokserskim polega na tym, że 93 lata temu o żadnych nieprawidłowościach mowy być nie mogło. Turniej finałowy, po eliminacjach okręgowych, wyznaczono na początek lutego i wówczas siedem zespołów pojawiło się w Krynicy. W szranki rywalizacji stanęły: Ognisko Wilno, Pogoń Lwów, Legia Warszawa, AZS Poznań, AZS Warszawa, ŁKS Łódź i Sokół Kraków. Dwie ostatnie ekipy debiutowały na tym poziomie zmagań, a do finałów dostały się po sensacyjnych zwycięstwach, odpowiednio nad drużyną toruńską i Cracovią.

Regulamin był prosty, zespoły podzielono na dwie grupy, a po dwie najlepsze ekipy z każdej z nich wchodziły do półfinałów. Sęk jednak w tym, że pogoda nie pozwoliła na ich rozegranie, bo Krynicę nawiedziła gwałtowna odwilż. Już ostatnie mecze grupowe przypominały bardziej taplanie się w kałużach.

„Przyczyną była katastrofalna zwyżka temperatury i duże opady śnieżne, które zepsuły zupełnie lód i zmuszały do grania w okresach nie 15-miutowych, lecz dwa razy krótszych. W tych warunkach wyniki w ogóle nie odpowiadają przebiegowi gry (…) W niedziele miały być rozegrane półfinały pomiędzy Legią i AZS warszawskim, oraz pomiędzy Pogonią i AZS poznańskim. Wobec kilkustopniowego ciepła lód nie nadawał się zupełnie do gry i był pokryty parocentymetrową warstwą wody. Wobec tego kierownictwo turnieju postanowiło zatrzymać cztery drużyny finałowe do poniedziałku wieczora. Jeżeli w dniu tym nie będzie można rozegrać półfinału, a w dniu następnym finału, mistrzostwa zostaną przerwane, a drużyny odesłane do domów.” – donosił z Krynicy "Przegląd Sportowy".

Odwilż nie odpuściła i tak też się stało. Drużyny rozjechały się po Polsce bez rozegrania meczów półfinałowych, a więc mistrza Polski nie wyłoniono. Zastanawiano się wówczas, co z tym fantem zrobić, bo nie było kiedy i gdzie, gdyż odwilż nawiedziła nie tylko Krynicę, ale w zasadzie cały kraj, rozegrać decydujących meczów. Reprezentacja Polski wybierała się bowiem do Pragi na mistrzostwa świata, które rozpoczynały się 18 lutego. Ekspedycja nad Wełtawę wyjeżdżała nieco wcześniej, bo nasz zespół chciał przed mistrzostwami zagrać jeszcze dwa mecze kontrolne z najlepszym czechosłowackim zespołem, LTC Praga, i te spotkania rzeczywiście do skutku doszły.

Trzecie podejście

Po światowym czempionacie, który zakończył się katastrofalnym występem naszego zespołu – wygraliśmy tylko z Belgią i zremisowaliśmy z Węgrami, resztę meczów przegrywając – podjęto próbę wyłonienia mistrza Polski. Ustalono, że cztery ekipy wyżej wymienione spotkają się w Warszawie, na lodowisku Legii, co było poniekąd ukłonem w stosunku do dwóch stołecznych finalistów – „Wojskowych” i AZS-u. Na 4 marca zaplanowano półfinały, a na 5 marca – finał i mecz o trzecie miejsce, ale znów pogoda pokrzyżowała plany! Mecze decydujące o mistrzostwie Polski kolejny raz nie doszły do skutku.

„Po raz trzeci – i w każdym razie ostatni Polski Związek Hokeja inicjuję próbę rozegrania mistrzostw. Po niespodziewanej i gwałtownej odwilży w Krynicy i w Warsza­wie — finały wyznaczone zostały w Katowicach. Mimo, że sztuczny tor przestał już funkcjonować z dn. 1 marca (!) osiągnięto porozumienie w kierunku dodatkowego jego uruchomienia jeszcze na dwa dni, t. j. sobotę i niedzielę (11 –12 marca). Program gier ustalono, tak jak w Warszawie: w sobotę o godz. 19 grają drużyny warszawskie AZS i Legja, o godz. 20.30 AZS Poznań i Pogoń lwowska. W niedziele w tych samych godzinach: pokonani w sobotniem spotkaniu walczą o trzecie i czwarte miejsce, zwycięzcy sobotni — o mistrzostwo Polski. Miejmy nadzieję, że tym razem nagroda przechodnia puchar „Przeglądu Sportowego” znajdzie swego właściciela” – pisał o turnieju ostatniej szansy na Torkacie fundator trofeum dla najlepszego zespołu w kraju.

Trzeba przyznać, że w tej sytuacji hokejowa centrala – z prezesem Leonem Chranowskim na czele – zrobiła doprawdy wszystko, by pokonać przeciwności i rozgrywki o krajowy prymat doprowadzić do końca, co nie było łatwe.

Kalosz, czyli tradycja

Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. Na turniej do stolicy Górnego Śląska nie dojechali bowiem warszawscy akademicy i Legia do decydującej rozgrywki awansowała bez gry. Zacięty był drugi półfinał, a relacje prasowe wskazują, że AZS z Poznania był nawet zespołem lepszym od Pogoni. Ale to Lwowianie strzelili dwa gole, wygrali 2:0 i awansowali do niedzielnego finału. Jako, że Poznianiacy nie mieli z kim zagrać o brązowe medale, trzecie miejsce przyznano im bez gry. A decydujące starcie rozpoczęło się o godz. 20.30, czyli zgodnie z planem.

Gra jest wyrównana, zacięta, ale gole nie chcą wpadać, choć sytuacji nie brakuje. Kolejne tercje kończą się bezbramkowo. Więcej z gry ma Pogoń, w barwach której szaleje legendarny Wacław Kuchar, mimo 36 lat na karku. Genialnie jednak w warszawskiej bramce radzi sobie Henryk Przeździecki, który mimo mikrych warunków fizycznych - mierzy 165 cm i waży jakieś 65 kg - fenomenalnie przemieszcza się na łyżwach, broni z dużym wyczuciem i szczęściem.

W miarę upływu czasu mecz się zaostrza, a sędziujący mecz Lucjan Kulej, niegdyś świetny hokeista, również reprezentacyjny, popełnia błędy. Na tafli Torkatu ląduje... kalosz, czyli tradycja zapoczątkowana na krynickich mistrzostwach świata dwa lata wcześniej jest kontynuowana. Alfred Zimmer z Pogoni, w ferworze walki, próbuje zagrać złamanym kijem, co wywołuje salwy śmiechu na trybunach. Sportowiec ten, znany również jako piłkarz, siedem lat po pamiętnym finale na Torkacie zostanie zamordowany przez NKWD w Charkowie strzałem w tył głowy.

Mieszanina granatowości z szarością

Jako, że nie pada ani jeden gol, również w trzech dogrywkach, mecz kończy się bezbramkowym remisem. Trwają dywagacje, co z tym fantem zrobić. Graczom kończą się urlopy i w poniedziałek zarówno zawodnicy Legii, jak i Pogoni, muszą być w domach. Wreszcie pada propozycja, by o godz. 1.30 w nocy rozegrać drugi mecz. Obie ekipy przystają na taką propozycję i już następnego dnia, czyli w poniedziałek, 13 marca 1933 roku, rozpoczyna się... kolejne spotkanie.

„Istotnie, mecz ten jest pierwszy w dziejach hokeja nie tylko polskiego ale i światowego, jako rozpoczęty o godz. wpół do drugiej w nocy. Gdy rozpoczęliśmy grę w cudowną noc księżycową mieliliśmy wrażenie jakiejś humoreski czy groteski kabaretowej na lodzie. Gdy kończyliśmy światło było już brudnawe, z mieszaniny granatowości nocy z szarością wstającego dnia.” – trzeba przyznać, że relacji zamieszczonej już kilka dni po meczu na łamach "PS" nie brakuje literackiej głębi. Co ciekawe wynik powtórzonego meczu warszawski dziennik zamieścił już w wydaniu poniedziałkowym, z 13 stycznia, czyli w dniu, w którym dodatkowe spotkanie się odbyło! Ale kibice nie dowiedzieli się, kto wygrał. Bo mecz, po trzech dogrywkach, zakończył się wynikiem 1:1.

Jan Hemmerling dał prowadzenie Pogoni, znajdując wreszcie sposób po przebojowym rajdzie na świetnie dysponowanego Przeździeckiego. Licząc pierwszy mecz, który składał się z trzech tercji po 20 minut i trzech 10-minutowych dogrywek, pierwszy gol padł po 114 minutach walki. Gdy wydawało się, że to trafienie wystarczy, Legia odpowiedziała szybko za sprawą Kazimierza Materskiego, który chwilę później dostał krążkiem w oko i musiał pojechać do szpitala. Na tafli tymczasem wszystko wróciło w zasadzie do punktu wyjścia. Nadal trwała zażarta walka i nikt nie umiał przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść.

Romantyczna historia

Więcej bramek w tym finale nie padło. Mimo trzech kolejnych dogrywek! Wreszcie, o 4.10 rano, zlitowano się nad wycieńczonymi drużynami, które łącznie grały o mistrzostwo Polski przez 180 minut, a wynik i losy tytułu nadal były nierozstrzygnięte. Finalnie zdecydowano się przyznać obu drużynom tytuł mistrza Polski, co nawet po latach wydaje się zupełnie rozsądnym.

„Mecz nocny rozpoczął się dobrem tempem. Być może, że grały tu rolę nerwy, gdyż w miarę postępu czasu szło już coraz gorzej. W dogrywce widziało się już tylko zrywy, po których drużyny wpadały znów w „sen”. Gdy przyszła trzecia dogrywka ledwie włóczono nogami. U nas najbardziej cierpiał Zimmer. Nadspodziewanie trzymał się natomiast Sabiński, który grał jednak przez cały czas b. ekonomicznie. Sytuację ułatwiał nam dobry lód, który na meczu wieczornym pozostawiał wiele do życzeń. Jak zapatruje s'ę na wynik? Trudno dać odpowiedź – opowiadał o tym niezwykłym wydarzeniu Wacław Kuchar na łamach "Przeglądu Sportowego"

„Mieliśmy sytuacje, które mogły nam zapewnić zwycięstwo, ale to samo można powiedzieć również o Legji. Tak jak stało się – jest może nąjsprąwiedl wiej, gdyż ostatecznie reprezentujeniy równą klasę i równe siły. W każdym razie na sztukę jakiej dokazaliśmy z Legją nie zdobyłoby się wiele drużyn. We Lwowie przyjęto nas bezentuzjazmu. Chciano i oczekiwano zwycięstwa. Łatwiej naturalnie chcieć, niż zrobić. A marsową wprost miną przywitał nas gospodarz. któremu zwróciliśmy z całego dobytku zaledwie... trzy kije, reszta poszła w drzazgi” - dodawał znakomity nie tylko hokeista, ale też piłkarz, łyżwiarz i lekkoatleta. Najwybitniejszy i najbardziej wszechstronny przedstawiciel ery romantycznego sportu w naszym kraju. Nie ma wątpliwości, że ta opowieść o nocnym meczu o mistrzostwo Polski, wiele z romantyzmem na też wspólnego.

Czytaj także:

Liczba komentarzy: 0

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zaloguj się do swojego konta!
© Copyright 2003 - 2026 Hokej.Net | Realizacja portalu Strony internetowe