To był niesamowite starcie dwóch krakowskich drużyn, które zadecydowało o tytule mistrza Polski. W obecności 10 tysięcy kibiców Cracovia mierzyła się z Wisłą, a nietypowe, bo hokejowe derby Krakowa trzymały w napięciu do samego końca.
„Niedzielne spotkanie (...) pomiędzy Cracovią a Wisłą o tytuł mistrza Polski, urasta do rozmiarów największej sensacji sportowej ostatnich dni. Dzięki wygranej Wisły w Łodzi, będą mieli zwolennicy obu tych najsilniejszych w Polsce zespołów, możność zobaczenia meczu, jakiego Kraków jeszcze w tym sezonie nie oglądał.” – takie zdania pojawiły się w jednym z wydań "Echa Krakowa" w 1947 roku.
I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wcale nie chodziło o kolejne piłkarskie derby pomiędzy dwoma najpotężniejszymi krakowskimi klubami. Słowa te napisano bowiem 1 lutego, kiedy to w piłkę nożną w tamtych latach nie grano, zapowiadając decydujący mecz o mistrzostwo Polski w... hokeju na lodzie. O ile obecność w takim starciu Pasów dla współczesnych nie jest żadnym zaskoczeniem, o tyle fakt, że o miano najlepszej drużynie w naszym kraju rywalizowała Wisła kojarzą z pewnością już tylko najstarsi kibice "Białej gwiazdy" lub ci, którzy mocno interesują się historią klubu, nie tylko jego futbolowej sekcji.
A było tak, że to właśnie Wisła w sezonie 1946/47 została mistrzem okręgu krakowskiego. Pewnie w znacznej mierze dlatego, że Cracovia, najlepsza wówczas drużyna w naszym kraju, mistrz Polski z roku 1946, nie brała udziału w mistrzostwach okręgowych,, ani w półfinałach MP, gdyż jako obrońca tytułu była rozstawiona od razu w finale. "Biała gwiazda" zatem wygrała najpierw rywalizację okręgową, pokonując pod koniec 1946 roku, w Krynicy, tamtejsze KTH 7:3 w decydującym starciu. To była sensacja! Kryniczanie mieli już bowiem na rozkładzie Cracovię, którą pokonali w meczu towarzyskim, i byli wręcz pewni awansu do półfinału MP. Dodajmy jeszcze, że trzecim uczestnikiem turnieju finałowego był Czuwaj Przemyśl. Z Wisłą przegrał 1:17, a z KTH... 0:52. Rekordowe zwycięstwo nic jednak kryniczanom nie dało.
Przegapili nawet dziennikarze
W półfinałach MP Wisła trafiła na Siemianowiczankę, trochę niespodziewanego mistrza okręgu śląskiego. To były zacięte boje, ale w pierwszym meczu na Górnym Śląsku zespół z Krakowa wygrał 6:5 w obecności 7 tysięcy kibiców. Rewanż był jeszcze bardziej zażarty. Grano na lodowisku Cracovii – Wisła nie miała wówczas swojego obiektu, który otwarto cztery lata później – a frekwencja była podobna, jak w pierwszym spotkaniu. Ekipa z Siemianowic prowadziła już 3:0 i 4:1, ale w końcówce „Biała gwiazda” doprowadziła do wyrównania. Na trzy minuty przed końcem meczu. Remis 4:4 dał przepustkę do łódzkiego finału MP drużynie z Krakowa. Stawkę uzupełniała wspomniana Cracovia, a także gospodarze, czyli ŁKS, i Lechia Poznań.
Prasa donosiła, że to właśnie ekipy spod Wawelu rozstrzygną między sobą losy mistrzostwa. Zwracano uwagę na fakt, że Pasy, jako obrońcy trofeum i zespół naszpikowany reprezentantami Polski, jest naturalnym kandydatem do złota. A sensacyjnie spisującej się w tym sezonie Wiśle udało się zmontować całkiem dobry skład. W znacznej mierze ze znakomitych hokeistów ze Lwowa, których powojenny los skierował do Krakowa. Wśród nich brylował Kazimierz Sokołowski, dwukrotny olimpijczyk i wielokrotny uczestnik mistrzostw świata, w tym pamiętnego turnieju w Krynicy, który rozegrano w 1931 roku.
Wisła w pierwszej kolejce finałowej batalii przegrała z ŁKS-em 2:3, a w łódzkim zespole nie zabrakło największego Ełkaesiaka w dziejach, Włodzimierza Króla. Cracovia natomiast ograła Lechię Poznań 6:2. W drugiej serii gier "Biała gwiazda" rozbiła poznański zespół 8:0, a Pasy nie dały szans gospodarzom, wygrywając 4:0. Przed decydującym dniem było zatem jasne, że remis w starciu z Wisłą da Cracovii tytuł mistrza Polski. A co w przypadku zwycięstwa Wisły? Otóż doszło do tego, że zagapili się nawet dziennikarze. Wisła bowiem, choć przegrywała 0:2, pokonała Cracovię 3:2 i wszystkim wydawało się, że, mając lepszy stosunek bramek - +8 wobec +7 „Pasów” - została mistrzem Polski. Z tym, że... niekoniecznie.
„Okazało się nagle, że przeoczyliśmy wszyscy nowy regulamin rozgrywek, który powiada wyraźnie, że o pierwszym i drugim miejscu nie może decydować stosunek bramek, lecz przy równości punktów nastąpić musi nowa decydująca rozgrywka. A tu, jak na dobitek, jeszcze jedna komplikacja, gdyż groziło, że trzy drużyny uzyskają równą ilość punktów, a takiej ewentualności regulamin nie przewidywał... Całe szczęście, że ŁKS zrobił nam grzeczność i znów, wbrew przewidywaniom, osiągnął z Lechią poznańską punkty remisowe, tak, że na placu pozostała jedynie Wisła i Cracovia, które zmierzą się raz jeszcze na lodowisku. Decydujący mecz o mistrzostwo Polski pomiędzy Cracovią, a Wisłą wyznaczony został na niedzielę 2 lutego do Krakowa. W razie odwilży przesunięty zostanie na czwartek 30 bm.” – wyjaśnił "Przegląd Sportowy" z 27 stycznia 1947 roku.
Andrzej Wołkowski superstar
Odwilży, na wypadek której podano zapasowy termin rozegrania meczu decydującego o mistrzostwie Polski, na szczęście nie było i w niedzielę, 2 lutego 1947 roku, w samo południe, na lodowisku Cracovii, zlokalizowanym obok stadionu, a nie, jak dziś, przy ul. Siedleckiego, rozegrano dodatkowe, bezpośrednie starcie, które miało zdecydować o złotym medalu. Meczem, jak napisano na początku, sportowy Kraków żył od kilku dni. Zainteresowanie było ogromne, a w relacjach prasowych można wyczytać, że wokół tafli mogło zgromadzić się nawet 10 tysięcy kibiców! Swoją drogą ciekawe, czy teraz np. siódmy mecz finału THL miałby szansę cieszyć się takim zainteresowaniem? Gdyby np. zagrano w „Spodku”, wpuszczono kibiców obu zespołów i zorganizowano dodatkowo coś ekstra... Nikt nie zabroni nam marzyć. Nawet szalenie.
Wracając jednak do tego, co działo się pod Wawelem niemal osiem dekad temu, zjedzone niemal zębem czasu fotografie zamieszczone w prasie nie pozostawiają wątpliwości, że kibice dosłownie oblepili lodowisko. Przed meczem doszło do pewnego zgrzytu. Otóż nie dopuszczono do gry Adama „Rocha” Kowalskiego, legendy Cracovii, którego imię nosi dziś lodowisko przy ul. Siedleckiego
„Roch Kowalski „uznany” został za tak niebezpiecznie chorego, (bez badania lekarskiego, przyp. aut.), że zakazano mu grać w hokeja, a nawet zmuszono kierownictwo Cracovii do usunięcia go z lodowiska tuż przed rozpoczęciem meczu. Toteż prawie ze łzami w oczach ten zawodnik i najlepszy sportowiec w Polsce, zdjął ubiór hokeisty i zajął się kierowaniem swej drużyny.” – pisał "Przegląd Sportowy".
W pierwszej, ostrożnej z obu stron tercji gole nie padły, ale na początku drugiej odsłony Andrzej Wołkowski zaczął pracować na miano bohatera spotkania. Prowadzenie dla Pasów uzyskał po indywidualnym przeboju. Wisła starała się doprowadzić do wyrównania, ale świetnie w bramce Cracovii spisywał się Jan Maciejko, związany z Cracovią przez ćwierć wieku (1926-51). Ranny w kampanii wrześniowej pod Biłgorajem, żołnierz konspiracji, dowódca grupy dywersyjnej okręgowego Kedywu Kraków i odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.
Cracovia przetrwała trudniejszy moment i pod koniec drugiej odsłony zadała dwa kolejne ciosy. Najpierw Mieczysław Kasprzycki zabrał krążek swojemu imiennikowi z Wisły - Palusowi - wypatrzył Wołkowskiego, który podwyższył na 2:0. Hat tricka rodowity Krakowianin kompletuje chwilę później. Jego pierwszy strzał golkiper Wisły, Walenty Bratek, odbija przed siebie, a wobec dobitki jest już bezradny. Po dwóch odsłonach Cracovia prowadzi zatem 3:0 i jest bardzo blisko obrony mistrzowskiego tytułu. Przed wojną taka sztuka udała się tylko AZS-owi Warszawa.
Hat trick w sześć minut
Pasy mają wszystko pod kontrolą. Tym bardziej, że na początku trzeciej tercji Andrzej Wołkowski po raz czwarty w tym spotkaniu trafia do siatki. Tym razem z dystansu. Warto zwrócić uwagę, że bohater Cracovii każdą z bramek w tym meczu strzelił w inny sposób. Po akcji indywidualnej, z idealnego podania Kasprzyckiego, dobijając własny strzał i, wreszcie, trafił do siatki z daleka. To jedynie świadczy o tym, jak wybitnym i nietuzinkowym hokeistą był. Nie przez przypadek w 1939 roku wystąpił w meczu Europa – Kanada.
Czterobramkowa zaliczka Cracovii teoretycznie nie miała prawa wymknąć się tej drużynie z rąk. Ale Wisła już w finałowym turnieju w Łodzi pokazała, że potrafi gonić i gra do końca. A Mieczysław Palus, ten sam, który zawalił przy drugiej bramce dla rywali, gryzie lód, by się zrehabilitować. Wreszcie pokonuje znakomitego w tym meczu Macieję w podbramkowym zamieszaniu. Następnie korzysta z błędu Czesława Marchewczyka i zaczyna się robić ciekawie. Palus, ps. „Fiury”, który pochodził z Podkarpacia, a uczył się grać w hokeja w Pogoni Lwów, po przebojowej akcji kompletuje hat tricka w zaledwie sześć minut! Ale do końca spotkania zostaje już tylko kilkadziesiąt sekund i Cracovia nie daje sobie wydrzeć zwycięstwa.
„Po zawodach prezes PZHL dyr. Boczar gratulując obu drużynom dobrej gry oraz zdobycia przez dwie krakowskie drużyny pierwszeństwa w hokeju polskim wręczył im puchary. Pełni radości i triumfu sympatycy Cracovii z flagą klubową na czele wynieśli swych ulubieńców na rękach z lodowiska.” – czytamy w „Życiu Sportowym”.
„Piękny ten mecz zakończyły uroczystości wręczenia pucharu mistrzowskiej drużynie, jako też i wicemistrzowi Wiśle. Zawodnicy Cracovii powędrowali do szatni na ramionach rozentuzjazmowanych zwolenników.” – relacjonowało ten jedyny w historii finał mistrzostw Polski między dwiema krakowskimi drużynami „Echo Krakowa”. Dodajmy, że zdaniem prasy sędziowie Trytko i Michalski prowadzili mecz... "doskonale".
Nigdy więcej, choć hokejowe derby Krakowa rozegrano później jeszcze kilka razy, po raz ostatni w 1954 roku, takie spotkanie nie zadecydowało o mistrzostwie Polski. Srebro wywalczone przez Wisłę to jedyny medal w historii sekcji hokejowej tego klubu, która kilka lat później przestała istnieć. Pewnie trochę szkoda, bo nie ma wątpliwości, że dziś takie mecze, chyba nie tylko w Krakowie, cieszyłyby się sporym zainteresowaniem. I byłaby szansa na to, że odbywałby się regularnie. Nie trzeba byłoby się obawiać przecież, że któryś z zespołów z ligi spadnie, jak to ma miejsce w konkurencyjnej dyscyplinie sportu.
Czytaj także: