Od bombowców do ożenku. Różne losy ostatnich przedwojennych reprezentantów Polski
1 września 1939 roku świat, jaki znali przestał istnieć. W nowym, wypełnionym morzem ognia, bólu i cierpienia, odnaleźć musieli się również hokeiści szóstej drużyny świata.
27 sierpnia 1939 r. piłkarska reprezentacja Polski rozegrała jeden z najlepszych meczów w swojej historii. Na cztery dni przed wybuchem II wojny światowej zespół prowadzony przez trenera Józefa Kałużę pokonał w Warszawie na stadionie Legii 4:2 wielką reprezentację Węgier, ówczesnych wicemistrzów świata. O hokeju na lodzie nikt wówczas nie myślał. Nie było tak, że na przełomie sierpnia i września zespoły szlifowały formę przed ligowym sezonem. Ze względu na dostępność lodowisk przygotowania do rywalizacji hokejowej rozpoczynały się znacznie później. Mieliśmy przecież w całej Polsce tylko jedną sztuczną taflę. Katowicki Torkat zamrażamy był jednak dopiero późną jesienią.
Dlatego też, by napisać o ostatnich hokejowych aktywnościach przed wybuchem II wojny światowej, musimy cofnąć się do lutego 1939 roku. Publikowaliśmy już na naszych łamach tekst o tym, jak to się stało, że drużyna Dębu Katowice wywalczyła pierwsze, historyczne dla Górnego Śląska i jego stolicy mistrzostwo Polski. Teraz przyszedł czas na to, by opowiedzieć o ostatnich momentach reprezentacji Polski przed wybuchem najtragiczniejszego konfliktu w XX wieku. I o tym, jakie były losy ostatnich graczy, którzy zakładali bluzy, a w zasadzie swetry, z orzełkiem na piersi.
Polacy pod koniec lat 30. w porównaniu z tym, co działo się na początku tej dekady, spuścili z tonu. Przypomnijmy, że w 1931 roku podczas mistrzostw świata w Krynicy nasza reprezentacja zajęła znakomite czwarte miejsce. Taką samą lokatę biało-czerwoni zajęli podczas igrzysk olimpijskich w 1932 roku w Lake Placid, choć trzeba pamiętać, że na tamtym turnieju zagrały tylko cztery zespoły. W Ga-Pa, w 1936 roku, było już zdecydowanie gorzej. Dopiero dziewiąte miejsce w rywalizacji olimpijskiej przyjęto z dużym rozczarowaniem. Promykiem nadziei był występ reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w 1937 roku w Londynie. Nie chodziło nawet o to, że nasz zespół zajął ósme miejsce, ale o to, że był w stanie pokonać m.in. drużynę szwedzką.
Teoretyk miast praktyka
Rok później w Pradze taka sztuka Polakom już się nie udała, choć finalnie zajęliśmy lepsze miejsce niż rok wcześniej. Biało-czerwoni finiszowali na siódmej pozycji. Był to jedyny turniej, podczas którego reprezentację Polski prowadził Przemysław Warmiński. Niegdyś znakomity tenisista, a także kontrowersyjny dziennikarz o mocno nacjonalistycznych poglądach. Na stanowisku selekcjonera drużyny narodowej zastąpił go Zenon Paruszewski. Po raz pierwszy stery reprezentacji Polski objął trener, który nie miał przeszłości zawodniczej. Paruszewski urodził się w Sieradzu, wychowywał w Warszawie, a także w Humaniu, który dziś leży na Ukrainie. Jako dziewiętnastolatek brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Następnie ukończył państwowy kurs wychowania fizycznego, a od 1928 roku mógł wykonywać zawód nauczyciela w-f w szkołach średnich.
Trzy lata później został instruktorem hokeja na lodzie, a w 1938 roku zdecydowano się powierzyć mu funkcję selekcjonera reprezentacji Polski. Była tą trochę zaskakująca nominacja, a Witold Domański w książce „Śladem hokejowego krążka” napisał o profesorze Zenonie Paruszewskim jako o bardzo spokojnym entuzjaście hokeja, który przede wszystkim był wielkim propagatorem tej dyscypliny sportu wśród młodzieży. Zwrócił również uwagę znany hokejowy dziennikarz na to, że nowy selekcjoner miał wielkie problemy ze skompletowaniem składu na mistrzostwa świata, które w lutym 1939 roku miały odbyć się w Szwajcarii.
Byli oczywiście hokeiści katowickiego Dębu, który zbudował bardzo silną ekipę, ale pozostali wyraźnie od nich odstawali. Dowód? Tuż przed wyjazdem do Szwajcarii reprezentacja Polski bez zawodników Dębu zmierzyła się z... katowickim zespołem właśnie. I przegrała bardzo wyraźnie 1:4. W tej sytuacji obawiano się, czy drużyna sklecona przez Paruszewskiego da sobie radę na turnieju, gdzie rywalami biało-czerwonych mieli być w fazie grupowej faworyci całej imprezy, czyli Kanadyjczycy, a także Holendrzy.
Gwizdy na Warszawiaków
O drugiej z wymienionych ekip wiedziano niewiele, ale Polacy bardzo szybko przekonali się, że Pomarańczowi są bardzo... słabi. Wygraliśmy pewnie, 9:0, i było to najwyższe zwycięstwo, jakie reprezentacja Polski odnotowała przed II wojną światową. Porażkę 0:4 z Kanadą przyjęto bardzo spokojnie, chwalono nawet Polaków za występ w tym spotkaniu. Sugerowano, że jeżeli nasz zespół w kolejnych meczach zaprezentuje się tak dobrze, to całkiem możliwy jest nawet awans do strefy medalowej. Tak się jednak nie stało.
Po 0:4 nasz zespół przegrał z Amerykanami i Szwajcarami. Wygrana 5:3 z reprezentacją Węgier sprawiła, że mieliśmy bić się o miejsca od piątego do ósmego. Raz jeszcze udało ograć się Madziarów, tym razem 3:0, a w batalii o lokatę piątą ulegliśmy Niemcom 0:4. Szóste miejsce w mistrzostwach świata, czyli najlepszy wynik od Krynicy, a także czwarte w klasyfikacji drużyn europejskich, były jednak całkiem niezłym rezultatem. Trener Paruszewski chwalony był w prasie za to, że udało mu się poukładać zespół, a także za to, że postawił na nieco inne podejście. Bardziej teoretyczne niż praktyczne, co wynikało zresztą z tego, że sam praktykiem nie był.
Kilka dni po powrocie z Bazylei na katowickim Torkacie nasza reprezentacja rozegrała ostatni mecz przed wybuchem wojny. Tak się bowiem złożyło, że biało-czerwoni ze ze Szwajcarii do Polski nie przyjechali sami. Towarzyszyli im hokeiści amerykańscy, wicemistrzowie świata, którzy podczas turnieju musieli uznać wyższość tylko Kanadyjczyków. Najpierw Team USA zmierzył się z mistrzem Polski, czyli Dębem, i wygrał pewnie, 5:1. Następnego dnia dziesięciotysięczna publika oklaskiwała starcie Amerykanów z Polską. Choć trzeba przyznać, że nie wszystkie decyzje trenera Paruszewskiego spotkały się z aprobatą kibiców. Wygwizdano bowiem obecność w składzie dwóch hokeistów Warszawianki, czyli Ryszarda Wernera, a także Czesława Przedpełskiego.
Uczył matematyki i rysunków
Sympatycy hokeja nie mieli nic do kapitalnie broniącego naszej bramki Jana Maciejki, golkipera Cracovii. W pierwszej parze obrońców Wernerowi towarzyszył legendarny Adam „Roch” Kowalski. W ataku bok Przedpełskiego wystąpili Czesław Marchewczyk, a także Andrzej Wołkowski. Skład uzupełnili Nowak, Burda i Ursoń, trójka graczy katowickiego Dębu. Amerykanie wygrali to spotkanie 1:0, a Przegląd Sportowy pisał o znakomitym meczu, w którym to goście mieli znaczną przewagę.
– Jestem tak zmachany, że się mówić nie chce. Wynik krzywdzi nas. Rezultat bezbramkowy bardziej odpowiadałby stosunkowi sit. Meczem kierowałem sam — miałem po temu plenipotencję od kapitana związkowego. Wyraźne dyrektywy otrzymałem jedynie co do składu obrony – mówił po spotkaniu Adam Kowalski.
– Gol był nie do obrony. Cały atak USA sunął lawiną. Bogue przeszedł błyskawicznie pomiędzy obrońcami i strzelił, że aż trzeszczało. Dobrze mi się grało – wtórował koledze z Cracovii Jan Maciejko.
Był dwudziesty dzień lutego 1939 roku i zapewne każdy, kto oglądał ostatni mecz reprezentacji Polski w tamtym sezonie mógł mieć powody do optymizmu. Nikt też pewnie nie spodziewał się, że na kolejny występ naszej drużyny narodowej przyjdzie poczekać aż osiem długich lat. Druga wojna światowa tak naprawdę zakończyła istnienie reprezentacji narodowej prowadzonej przez trenera Paruszewskiego, bo kilka miesięcy później sport zszedł na dalszy plan. W czasie okupacji ostatni przedwojenny selekcjoner hokejowej reprezentacji polski uczył wychowania fizycznego, a także rysunków i matematyki w jawnej prywatnej szkole powszechnej Jacka Szczypiorskiego. Była to instytucja, która działała legalnie i była wyjątkiem, bowiem znakomita większość polskich placówek edukacyjnych w czasie drugiej wojny światowej nie funkcjonowała.
Paruszewski był ponadto członkiem Związku Walki Zbrojnej, a także Armii Krajowej. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, a po jego upadku był więźniem obozu w Pruszkowie. Uciekł następnie z transportu i uniknął dzięki temu wywózki do III Rzeszy. A jak potoczyły się w czasie II wojny światowej losy zawodników, którzy uczestniczyli w ostatnich hokejowych aktywnościach pod szyldem reprezentacji Polski w 1939 roku? Adam Roch Kowalski walczył w kampanii wrześniowej i trafił do obozu jenieckiego w Woldenbergu. Był tam wiceprezesem Żołnierskiego Klubu Sportowego Skra, uczestniczył w olimpiadzie jenieckiej w 1944 roku. Po wojnie wrócił do hokeja i grał w barwach Cracovii, choć bluzy z orzełkiem nigdy już nie założył.
Za głosem serca
Do reprezentacji powrócił z kolei Jan Maciejko. Mimo iż w czasie wojny obronnej został ranny pod Biłgorajem. Następnie był dowódcą grupy dywersyjnej okręgu Kedywu Kraków. Nosił pseudonim "Ryś" i został bohaterem walk z Niemcami. Był żołnierzem I batalionu "Barbara" w Tarnowskiem, a za swoją działalność odznaczono go Krzyżem Virtuti Militari. Na takie samo odznaczenie bez kwestii zasłużył Czesław Przedpełski. Był lotnikiem i trafił do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Latał na bombowcach a po wojnie nie wrócił już do Polski. Zmarł w styczniu 2002 roku w Stanach Zjednoczonych.
Działalność konspiracyjną podjął też Czesław Marchewczyk. Był żołnierzem Armii Krajowej. Występował pod pseudonimem „Jarzyna”, a dowództwo jego oddziału znajdowało się w Kamionce koło podkrakowskiej miejscowości Rząska. Andrzej Wołkowski, który w 1939 roku oprócz występu na mistrzostwach świata, a także w meczu z Amerykanami, zagrał w starciu Europa – Kanada, w czasie okupacji przeniósł się z Krakowa do Warszawy. Na hokej nie było czasu, trzeba było walczyć o kawałek chleba. Raz postanowił udać się na ślizgawkę, na Nowy Świat. I ledwo uszedł z życiem, bo Niemcy urządzili w tym miejscu łapankę. Po wojnie Wołkowski – m.in. razem z Marchewczykiem – wskrzeszali hokej pod szyldem Cracovii. Obaj wrócili również do reprezentacji.
Nie wiadomo, co w trakcie okupacji robił Ryszard Werner, nie ma też dowodów na to, że wrócił po wojnie, którą na pewno przeżył, do hokeja. Mieczysław Burda, z kolei, dołączył do Cracovii, z którą zdobył mistrzostwo Polski i pojechał na IO do Sankt Moritz. Herbert Ursoń, który w czasie wojny był internowany w Szwajcarii i grał w tamtejszym Zürcher SC – podobnie, jak np. Mieczysław Kasprzycki – wrócił do kraju i również przywdział barwy krakowskiego klubu. Następnie jednak poszedł za głosem serca. Udało mu się legalnie zdobyć paszport – przynajmniej takie informacje można znaleźć w powojennej prasie – i wyjechał do Szwajcarii, by się... ożenić. Nad Wisłę już jednak nie wrócił i nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Wrócił natomiast do hokeja, bo jeszcze przez kilka lat występował w barwach Zürcher SC, protoplasty potężnego dziś ZSC Lions. Jeśli wierzyć statystykom, zdobył z tym zespołem mistrzostwo Szwajcarii w 1949 roku, a w Zurychu pozostał do końca życia.
Czytaj także:
- Już jest! Hokejowy Niezbędnik Kibica 2026/2027 trafił do sprzedaży. Wysyłka ruszyła!
- Są w życiu ważniejsze sprawy. Doświadczony obrońca odchodzi z Sanoka. Co dalej z jego karierą?
- Ostro potraktował rywala i dostał karę meczu. Jest decyzja w sprawie gracza Zagłębia
- Kolejna porażka GieKSy i mocne słowa kluczowego zawodnika. "To nie może tak wyglądać"
- Komisarz THL podjęła decyzję. Chodzi o zawodników Cracovii

Komentarze
Lista komentarzy
Toja
Widać, że redakcja idzie drogą rezytenta z pałacu pisząc: "27 września 1939 r. piłkarska reprezentacja Polski rozegrała jeden z najlepszych meczów w swojej historii. Na cztery dni przed wybuchem II wojny światowej..." Nowa historia pisze się na naszych oczach.
iras
muszą poprawić na sierpień, to prawda
Karol9
A gdzie to pomieścili te 10 tyś widzów na Torkacie jak jeszcze istniał mieścił góra 900 osób i to w dużym ścisku.
Karol9
A gdzie to pomieścili te 10 tyś widzów na Torkacie jak jeszcze istniał mieścił góra 900 osób i to w dużym ścisku.