Najpierw sensacja, potem koszmar. Paskudne 21 sekund! Biało-czerwony dramat w katowickim Spodku
Pokonaliśmy Związek Radziecki, w kilku kolejnych meczach graliśmy przynajmniej bardzo dobrze, a mimo to pamiętnych, katowickich MŚ z 1976 roku nie możemy całościowo wspominać dobrze. Polacy spadli bowiem z grupy A.
Jeśli ktoś w sześciu startach na MŚ zdobył 2 złote i 4 srebrne medale, wywalczył wicemistrzostwo olimpijskie, a także zajął drugie miejsce w Pucharze Kanady, pokonując w tej rywalizacji kanadyjską drużynę na jej ternie, i nie pochodził ze Związku Radzieckiego, to niewątpliwie musi być traktowany, jako trenerska legenda. Karel Gut, po meczu z reprezentacją Polski drugiego dnia mistrzostw świata 1976 w Katowicach, z uznaniem wypowiadał się o grze naszego zespołu, choć sam miał wielkie powody do zadowolenia. Jego zespół znakomicie wszedł w turniej, wygrał oba spotkania, strzelił 22 gole i nie stracił żadnego. Łatwo policzyć, że skoro na inaugurację Czechosłowacy pokonali NRD 10:0, to w starciu z Polską trafili do naszej siatki razy 12. Recepta na rozbicie wycieńczonych heroicznym bojem ze Związkiem Radzieckim biało-czerwonych była prosta.
„Jasne było, że gospodarzy mistrzostw mecz z ZSRR musiał kosztować wiele sił, toteż graliśmy spokojnie, ale uważnie przez dwie tercje, czekając, aż przeciwnik wyczerpie resztę sił. Nie można porównywać naszych spotkań z NRD i Polską, jako że hokeiści NRD przystąpili do meczu z nami w pełni dyspozycji fizycznej i psychicznej natomiast Polacy – nie.” – powiedział Karel Gut. Istotnie, nie trzeba było być geniuszem i zapewne nie za to legendarny szkoleniowiec został w 1998 roku członkiem Galerii Sław IIHF, podczas drugiej indukcji w historii. Niemniej Czechosłowacja pokazała w starciu z nami moc, wykorzystując to, że Polacy starali się odpoczywać przez niespełna dobę. Mecz z ZSRR skończył się po godz. 22:00, 8 kwietnia. Starcie Polska – Czechosłowacja rozpoczęło się następnego dnia o godz. 17:00. Nie było zatem najmniejszych szans na dobrą regenerację.
Osiem goli nasi południowi sąsiedzi strzelili w ostatniej tercji, w której Polacy ledwo powłóczyli nogami. Trener Józef Kurek, dzień wcześniej wyraźnie zszokowany tym, co się w Spodku wydarzyło, nie miał pretensji do zespołu, bo zdawał sobie doskonale sprawę z tego, ile sił jego podopiecznych kosztował mecz z ZSRR. W drugiej tercji, po czwartym golu dla ČSSR, zdjął z bramki niemiłosiernie ostrzeliwanego Andrzeja Tkacza. Nie dlatego, jak wyjaśnił w pomeczowej wypowiedzi, że „Bocian” bronił słabo, ale by dać mu odpocząć. Skoro golkiper GieKSy w pierwszym meczu odbił 33 krążki, a w 26 minut zespół czechosłowacki próbował pokonać go jakieś 20 razy – czterokrotnie się udało – to nic dziwnego, że bohater meczu wszech czasów miał prawo być wykończony.
Coś go podkusiło
Trener Kurek podkreślił po wysoko przegranym spotkaniu, że przed drużyną dzień odpoczynku przed bardzo ważnym meczem z NRD. Przecież celem zespołu na katowicki turniej było nadal utrzymanie w grupie A, choć po pokonaniu ZSRR apetyty na pewno wzrosły. W Niedzielę Palmową 1976 roku, w konfrontacji z Niemcami ze wschodu, nasi wyglądali już dużo lepiej, a mecz zaczęli wręcz piorunująco. Łódzka para obrońców Potz – Szweczyk przeprowadziła brawurową akcję i było 1:0. Brawurowo grał atak Jobczyk – Kokoszka – Zabawa, wypracowując dwa kolejne trafienia, a gdy Marek Marcińczak na początku drugiej tercji trafił na 4:0, zanosiło się na pogrom. Później jednak coś się zacięło, a kluczowym momentem był niewykorzystany rzut karny przez Józefa Stefaniaka. – Przechytrzyłem (…) Coś mnie podkusiło i w ostatniej chwili zmieniłem decyzję – tłumaczył po meczu bardzo doświadczony napastnik ŁKS-u.
Nasi, prowadząc wysoko, zaczęli grać nonszalancko, popełniali błędy i rywal zdołał dojść na 5:4. Sytuację uspokoił Wiesław Jobczyk, ustalając wynik meczu na 6:4. To nie było ładne spotkanie, sporo było wykluczeń, a bardzo źle ta konfrontacja – jak i całe mistrzostwa – zakończyło się starcie z NRD dla Kordiana Jajszczoka. Świętochłowiczanin doznał złamania prawej ręki w nadgarstku i założono mu gips. Z urazem spotkanie skończył też Andrzej Szczepaniec Mimo to drugie zwycięstwo w trzecim meczu trzeba było docenić; Polacy zajmowali trzecie miejsce w turnieju, a Jobczyk – z pięcioma trafieniami – plasował się na czele klasyfikacji strzelców. II trener naszego zespołu, Emil Nikodemowicz, zachowywał jednak zimną krew i podkreślał, że następnego dnia czeka nasz zespół ciężki bój z kolejnym zespołem niemieckim, tym razem z zachodu.
Tkacz nie gryzł się w język
Tym razem nasi odpoczywali nieco ponad dobę, a więc dłużej niż po premierowej wiktorii. W składzie doszło do korekty, niespełna 19-letni Henryk Gruth zastąpił Jajszczoka w pierwszej piątce i grał z kapitanem zespołu, bardzo doświadczonym Robertem Góralczykiem. Prasa przed tym spotkaniem ostrzegała przed najgroźniejszym graczem rywala Erichiem Kühnhacklem i jego piątką i nasi chyba za bardzo skupili się na największej zachodnioniemieckiej gwieździe. Wprawdzie gracz ten strzelił gola, ale załatwiła nas tak naprawdę trzecia niemiecka formacja. Młodziutki Gruth popełnił błąd i Niemcy wyrównali w pierwszej tercji – prowadziliśmy po golu Kokoszki – a następnie wpadka przytrafiła się doświadczonemu Potzowi. Zresztą piątka łódzka, tak kapitalnie grająca z ZSRR, w kolejnych meczach zdecydowanie obniżyła loty.
Na 2:2 wyrównał Góralczyk w przewadze. Cóż jednak z tego, skoro następna wpadka przytrafiła się Gruthowi.
„I znów nasi obrońcy zagrali w swoim «stylu». Tylko momentami przypominali sobie o założeniach taktycznych i wtedy goście nie potrafili wyjść z własnej tercji. Przez większość jednak spotkania sami wjeżdżali do tercji, stąd aż 4 bramki nie są zasługą nie napastników RFN, a moich kolegów” – zżymał się po meczu Andrzej Tkacz i trzeba przyznać, że doświadczony, 30-letni golkiper nie gryzł się w język, otwarcie krytykując kolegów. Po tych słowach nietrudno dojść do wniosku, jak przez pół wieku czasy się zmieniły. Gdyby dziś ktokolwiek, na jakiejkolwiek mistrzowskiej imprezie, w którejkolwiek z dyscyplin wypowiedział takie słowa, to byłaby afera, że hej.
Żonkoś się odwdzięczył
Nie wiemy i być może nigdy nie dowiemy się, czy koledzy mieli Tkaczowi te słowa za złe. Jobczyk, po przegranym 3:5 bardzo ważnym, jak się później okazało, meczu, zwrócił uwagę na fakt, że terminarz naszych meczów był po prostu zły.
„Jestem ciekawy, kto ustalał terminarz mistrzostw. Przecież my, jako gospodarze imprezy, mieliśmy prawo wyboru. A tymczasem doszło do tego, że gramy dwa ciężkie mecze dzień po dniu. Gdy tymczasem nasz przeciwnik ma dzień odpoczynku.” – powiedział autor trzech trafień przeciwko ZSRR. Porażka z RFN była bez wątpienia złą informacją w kontekście walki o jak najlepsze miejsce po fazie zasadniczej turnieju. Drugą kiepską wiadomością było niespodziewane zwycięstwo NRD nad USA.
Dla Amerykanów porażka ta bowiem ważyła bardzo dużo. Z nami zespół ten musiał wygrać, by zachować szansę na czołową czwórkę. I wygrali 4:2, a z meczem tym wiąże się ciekawa anegdotka. Otóż zawodnik amerykański, Steve Jensen, zawodowiec z NHL, do drużyny dołączył… przerywając podróż poślubną po Europie, gdy dowiedział się o porażce drużyny z NRD! Postanowił wspomóc rodaków, a gdy organizatorzy dowiedzieli się o tym, że przyjechał do Katowic, przygotowali mu upominek. Gracz Minnesota North Stars "odwdzięczył się" już na początku spotkania, sprytnym trickiem wyciągnął Tkacza z bramki i posłał krążek do siatki. Tym boleśniejsze okazały się jego popisy, bo było to trafienie Team USA już na 2:0.
Od 3:1 do 3:3
Mecz nie był wprawdzie jeszcze przegrany, ale w tym spotkaniu naszych dopadła strzelecka niemoc. Relacje prasowe roją się od opisów niewykorzystanych sytuacji przez naszych zawodników i to musiało się tak skończyć. Dodatkowo Amerykanie, tradycyjnie, grali bardzo ostro. Walenty Ziętara pokusił się nawet o stwierdzenie, że nie był to mecz hokejowy, ale bokserski. Najważniejsze było jednak to, co w tabeli. Na dwa meczem przed końcem fazy zasadniczej Polacy byli na piątym miejscu. Nadal z szansami na czołową czwórkę, choć przede wszystkim myśląc o jak najlepszym kapitale przed starciem o utrzymanie, a przed sobą mieli konfrontacje z Finami i Szwedami.
Z Suomi mierzyliśmy się w Wielką Sobotę i mimo bardzo dobrej postawy trudno wytłumaczyć, dlaczego tego meczu nie wygraliśmy. Wprawdzie to Finowie objęli prowadzenie, ale w połowie meczu – po trzech kolejnych ciosach Polaków, Jaskierskiego, Grutha i Żurka – byli na łopatkach. Wtedy jednak „wielbłąd” przytrafił się Andrzejowi Zabawie, który podał Finom tlen, tracąc krążek w banalny sposób we własnej tercji obronnej. Rywale złapali kontakt, a 45. sekund później wyrównali. Reasumując: czas 30:14 – prowadzimy 3:1, czas 31:50 jest 3:3! Na domiar złego w końcówce spotkania doskonałej sytuacji na zwycięskie trafienie nie wykorzystał… Zabawa. Nie mogliśmy być po tym starciu zadowoleni i nie byliśmy, a na dodatek – w wielkanocny poniedziałek – przegraliśmy ze Szwedami 1:4.
Szwedzi byli lepsi
"Trzy Korony" zaczęły turniej słabo – po 4:1 z Niemcami przegrały trzy kolejne spotkania – ale po pokonaniu Finów 4:3 nabrały wiatru w żagle. Mecz miał niesamowitą stawkę, był bowiem bezpośrednim starciem o awans do grupy finałowej MŚ, w której rywalizowały tylko cztery najlepsze ekipy. Dziś brzmi to wręcz nieprawdopodobnie, ale byli o 60 minut od gry o medale mistrzostw świata i, co więcej, wierzyliśmy, że to może się udać. Szwedzi jednak, którzy naszej ambicji i zaangażowaniu, przeciwstawili lepsze umiejętności pod każdym względem, stosunkowo szybko wybili nam marzenia z głów.
Dwa gole w pierwszej i dwa w trzeciej tercji – w ciągu 11 sekund – sprawiły, że musieliśmy pożegnać się z grą o medale. Podkreślamy raz jeszcze – jakkolwiek to dziś brzmi.
– Chcieliśmy zakwalifikować się do grupy A. Szwedzi jednak byli lepsi technicznie i wygrali zasłużenie. Mecz ten kosztował nas sporo sił, ale zrobimy wszystko, by do kolejnego spotkania przystąpić dobrze przvgotowanym – trener Józef Kurek był autentycznie zmartwiony brakiem awansu do silniejszej grupy, choć jako człowiek twardo stąpający po ziemi, doskonale wiedział, że inni są od nas po prostu mocniejsi. Nie mógł jednak Kryniczanin przewidzieć, że turniej, który rozpoczął się tak wyśmienicie, zakończy się dla naszego zespołu w zupełnie odmienny sposób. Tym bardziej, że rywalizację utrzymanie rozpoczęliśmy bardzo dobrze. Wprawdzie kolejny raz zespół Niemieckiej Republiki Demokratycznej był dla nas bardzo wymagającym rywalem, to po raz drugi zdołaliśmy go pokonać, choć mecz miał zupełnie odwrotny przebieg.
Niesamowite emocje
Tym razem to Niemcy ze wschodu prowadzili 3:0! Kontakt złapaliśmy dopiero pod koniec II tercji, a w trzeciej poszliśmy, jak burza. To ciekawe, bo znów graliśmy dzień po dniu – dobę po meczu ze Szwecją, rywale znów odpoczywali jeden dzień (sic!) – a mimo to potrafiliśmy wrzucić rywali na karuzelę. Atakowaliśmy non-stop, a do triumfu poprowadziła nas trójka nowotarska, na czele z Ziętarą. Swoje – strzelając siódmego gola w turnieju – dorzucił Jobczyk, a wygrana 5:4 spowodowała, że pozostaliśmy na fotelu lidera grupy spadkowej.
Utrzymanie było praktycznie na wyciągnięcie ręki. Tuż po nas swój mecz rozgrywały drużyny Niemiec z zachodu i Finlandii. Układ był taki, że bardziej pasowało nam zwycięstwo Finów – dwie najsłabsze drużyny spadały do grupy B – i gdyby Suomi zainkasowali dwa punkty, to remis w następnym meczu z nami dawałby i nam i ekipie z krainy tysiąca jezior utrzymanie. Sęk jednak w tym, że Niemcy, którzy przegrywali z Finlandią 2:4 w trzeciej tercji, zdołali wyrównać, strzelając gola w ostatnich sekundach meczu. Nie po raz ostatni, jak się niedługo potem okazało, w tym turnieju.
Z Finlandią, po raz drugi na tym turnieju, zremisowaliśmy. Tym razem 5:5, choć znowu było 3:1 dla nas! Wprawdzie przed tym spotkaniem trener Kurek obiecywał, że wyciągnęliśmy wnioski, to jednak nie do końca. Z drugiej strony wynik świadczy o tym, że naprawdę graliśmy na tym turnieju bardzo dobrze. Trzeba podkreślić, że trudy turnieju dały się we znaki. Prócz Jajszczoka i Szczepańca z gry wypadli Zdzisław Włodarczyk i Gruth. Przeciwko Finom piątki, szczególnie, jeśli chodzi o obrońców, były już szalenie pomieszane.
Mimo to na 6 minut i 34 sekundy przed końcem III tercji mieliśmy prowadzenie 4:3 i pewne utrzymanie. Później jednak rywale trafili dwa razy po naszych błędach, wynikających ze zmęczenia, i to my musieliśmy gonić wynik. Spodek eksplodował na 23 sekundy przed końcem spotkania, gdy strzał rozpaczy świetnego w tym meczu Leszka Kokoszki dał remis.
– Byliśmy lepsi – powiedział po meczu Kurek.
Niesamowite, że opiekun Finów stwierdził, że jego zespół zagrał znakomity mecz i z remisu, który właściwie dawał jego drużynie utrzymanie, był bardzo kontent.
Czysta rozpacz
Ostatniego dnia turnieju dla grupy spadkowej Finowie, na luzie, pokonali NRD 9:3 i postawili pieczęć na pozostaniu w grupie A. My, z kolei, mieliśmy rozegrać mecz o wszystko z RFN. Przy czym biało-czerwonym utrzymanie dawał remis, a Niemcy z zachodu musieli wygrać. O godz. 20:30 w sobotę rozpoczął się zatem mecz, który – jak wszystkie nasze starcia – zgromadził w Spodku komplet publiczności. Towarzysze Grudzień, z KW PZPR, i Kapitan, z GKKFiT nie przynieśli szczęścia, a Polacy – w przeciwieństwie do pierwszego meczu z tym rywalem, przegranego 3:5 – byli lepsi, ale po pierwszej tercji przegrywali. Gdy jednak Kokoszka, który w drugiej fazie turnieju był w znakomitej formie, wyrównał świetnym strzałem z dystansu, po podaniu Zabawy, kibice znów mogli świętować. Nasz zespół miał następnie kilka szans, by objąć prowadzenie. Żadnej z nich nie wykorzystał.
Chowaniec, Jaskierski, Zabawa, Jobczyk, Ziętara – oto lista "winowajców", czyli graczy, którzy nie wykorzystali świetnych okazji. Pomógł też Niemcom sędzia, nie dyktując nam ewidentnego karnego. W końcówce Niemcy ryzykowali, wycofali bramkarza, a my w ważnym momencie przegraliśmy trzecie wznowienie z rzędu. Kühnhackl przechytrzył Jaskierskiego, wycofał do Schlodera, który zagrał krążek Reinerowi Philippowi. 26-latek posłał krążek w okienko. Strzału nie zablokował Potz, nie sięgnął go Tkacza. Czysta rozpacz. Zegar, po tym, jak nad naszą bramką zapaliło się czerwone światełko, wskazywał czas 59:39. Do utrzymania w grupie A zabrakło zatem 21 sekund.
Spadliśmy z grupy A, mając tyle samo punktów na koniec turnieju, co piąta w klasyfikacji MŚ Finlandia i szósta RFN. Dziś jednak mało kto pamięta, że koło nosa przeszedł nam… Puchar Kanady! I to absolutnie legendarna, pierwsza edycja tego turnieju. Obrażeni Kanadyjczycy, których na MŚ w Katowicach nie było, poinformowali w trakcie MŚ, że na jesienne zmagania zapraszają pięć najlepszych zespołów katowickiej kompetycji. Miast zatem grać na lodowiskach NHL, przeciwko gwiazdom NHL, zostaliśmy w domu.
Czytaj także:
- PZHL ogłosił nowego selekcjonera reprezentacji Polski. Przed nim wielkie wyzwanie
- Czas na zgrupowanie U16. Powołania już rozesłane
- Ruszyło odliczanie do MŚ. Organizatorzy odsłonili wyjątkowe logo
- To będą miesiące prawdy dla reprezentacji Polski. Znamy pełny plan przygotowań
- Polska poznała rywali! Dwa mecze z Ukrainą w nowym sezonie

Komentarze