Hokej.net Logo

Nawet Mołdawia ma swojego zawodnika w drafcie NHL. Polska? Cisza od lat

Nawet Mołdawia ma swojego zawodnika w drafcie NHL. Polska? Cisza od lat

W historii wyborów zawodników do najlepszej ligi świata polskich akcentów nie brakowało. A tych, których zauważono, można podzielić na kilka grup. Szkoda, że teraz nikt zza oceanu w naszą stronę nawet nie patrzy.

Pod koniec czerwca w Buffalo odbył się 64. Entry Draft NHL. 224 hokeistów zostało wybranych w 7 rundach przez 32 kluby najlepszej hokejowej ligi świata. W gronie tym znaleźli się przedstawiciele 18 państw, wśród których próżno – niestety – szukać Polski. Oczywiście w dzisiejszych czasach nikogo nie dziwi obecność wśród wybranych zawodników z Łotwy, Białorusi, Niemiec, Szwajcarii czy też Danii, nie mówiąc już o europejskich potęgach. Ale Litwin, Węgier, Kazach czy – uwaga – Mołdawianin to już coś, co regułą nie jest.

Wprawdzie Simas Ignatavičius (runda 2, nr. 40, Florida Panthers) urodził się w Memphis, ale jest reprezentantem Litwy. Niespełna 19-latek ma już za sobą debiut w pierwszej reprezentacji tego kraju. Domán Kristóf Szongoth (runda 5, nr. 156, Buffalo Sabres) w hokeja nauczył się grać w ojczyźnie. Obecnie występuje w Finlandii, a za krążkiem uganiali się jego ojciec, wujek, macocha, a obecnie nieźle idzie także jego kuzynom. Bramkarz Danaj Szajkow (runda 3, nr. 67, New York Rangers) pochodzi z Ałmatów, ale ma też obywatelstwo rosyjskie. Podobnie, jak Alexandru Carmanov vel Aleksander Karmanow (runda 7, nr. 201, San Jose Sharks).

To jest dopiero historia. 18-latek urodził się w Kiszyniowie, a hokejem zafascynował się oglądając mecze w telewizji i... na zamarzniętym jeziorze. Brzmi to, jak historia sprzed kilkudziesięciu lat. Rodzice jeździli z nim na Ukrainę, Słowację, do Czech i Rumunii, by tylko mógł stawiać pierwsze kroki, bo w Mołdawii praktycznie nie ma lodowisk. Wreszcie przeprowadzili się do Podolska, gdy chłopak miał 10 lat i mierzył, uwaga, 178 cm wzrostu. Dziś jego wzrost to 216 cm. Jest najwyższym hokeistą wybranym kiedykolwiek w drafcie i najwyższym zarejestrowany graczem w historii dyscypliny. Gra kijem robionym na zamówienie o długości 180 cm.

Oczywiście nie jest powiedziane, że Karmanow – pierwszy w historii gracz urodzony w Mołdawii, który został wybrany w drafcie NHL – podobnie, jak inni wyżej wymienieni, zagra kiedykolwiek w najlepszej lidze na świecie. Ogólny trend, poparty statystykami, mówi jasno. Do NHL dostaje się połowa zawodników wybranych w drafcie, a tylko jedna trzecia takich graczy rozegra minimum 100 spotkań. Szanse zawodników wybieranych z odległymi numerami proporcjonalnie maleją, a tych – jak Kamramow – wybranych w ostatniej, siódmej rundzie, są naprawdę niewielkie. Z obliczeń wynika, że dwóch, może trzech zawodników wybranych z numerami od 193 w dół zadomowi się w lidze.

Peter z trudnym nazwiskiem

Tak, czy inaczej szkoda, że nawet w tym gronie nie ma, i to od wielu lat, naszych hokeistów. Możemy pocieszać się nieco tym, że Brook Rogowski (runda 2, nr. 33, Vancouver Canucks) ma polskie korzenie. Jego ojciec, Casey, był bejsbolistą i wybierano go w drafcie do MLB. Blake Zielinski (runda 3, nr. 80, Los Angeles Kings), Landon Nycz (runda 4, nr. 107, St. Louis Blues) i Cole Zurawski (runda 6, 181, Florida Panthers) to kolejni gracze, co do których pochodzenia nie mamy wątpliwości, choć w polskim hokejem nie mają nic wspólnego. Dodajmy jedynie, że Rogowski został siódmym najwyżej wybranym w tym roku Amerykaninem i ósmym najwyżej wybranym środkowym. Jego szanse na grę w NHL są zatem spore, ale na razie pozostanie w OHL, w barwach Oshawa Generals, a w kolejnym sezonie przeniesie się do NCAA, do legendarnej drużyny Uniwersytetu Michigan, gdzie grał niegdyś Wojciech Stachowiak.

Gdańszczanin wybrany w drafcie NHL nigdy nie został. Rok temu wydawało się jednak, że reprezentant Niemiec jest o włos od najlepszej ligi świata, ale ostatecznie nie przebił się do Tampa Bay Lightning i spędził sezon w AHL. Podobnie, jak inny z reprezentantów Niemiec, Maksymilian Szuber. Gracz ten, dla odmiany, był wybierany w drafcie (runda 6, nr. 163, Montreal Canadiens) i jeden występ w NHL zaliczył. To, jak do tej pory, ostatni hokeista urodzony w Polsce, który został wybrany, choć – jak wiadomo – hokejowo szkolił się poza naszym krajem.

A kto był pierwszy? Piotr Sidorkiewicz na świat przyszedł w Dąbrowie Białostockiej i być może nigdy nie założyłby łyżew, gdyby w wieku trzech lat, wraz z rodziną, nie wyemigrował do Kanady. Sidorkiewiczowie osiedlili się w prowincji Ontario, a Peter – bo tak pisano go, gdy był już sławny – został wybrany w drafcie 1981. W piątej rundzie, z numerem 91, przez Washington Capitals. Całe przedsięwzięcie wyglądało wówczas nieco inaczej. Uczestniczyło w nim 21 drużyn, wybierano w 10 rundach, a jeden gracz został wybrany bonusowo.

Peter “The Alphabet”, bo takie pseudonim, ze względu na trudne do wymówienia za oceanem nazwisko, otrzymał Sidorkiewicz, bardzo długo na debiut w NHL czekał. Dokładnie 6 lat, 4 miesiące i 6 dni po wyborze stanął w bramce Hartford Whalers, w starciu z Capitals, którzy szansy wcześniej mu nie dali. Nie była to wymarzona premiera na taflach, bo po niespełna 10 minutach gry urodzony nad Kropiwną bramkarz musiał trzykrotnie sięgać za siebie. Łącznie wpuścił 6 goli, jego zespół przegrał 2:6, a kolejną szansę dostał... rok później. Mimo niezbyt dobrych początków pierwszy w historii urodzony w Polsce hokeista, który został wybrany w drafcie, zrobił w NHL niezłą karierę. Zagrał, licząc sezon zasadniczy i play off, 261 spotkań. W 1993 roku wystąpił w All-Star Game, w drużynie Wales Conference, obok takich gwiazd, jak m.in. Ray Bourque, Aleksander Mogilny, Patrick Roy, Joe Sakic czy Aleksander Mogilny.

Pysz wyżej niż Šatan

O karierach Mariusza Czerkawskiego i Krzysztofa Oliwy w NHL napisaliśmy już sporo. “Marre” wybrano w drafcie 1991 (runda 5, nr. 106, Boston Brunis), a na debiut czekał niecałe trzy lata, bo pierwszy mecz zagrał wiosną 1994 roku. “Polish Hammer” (runda 3, nr. 65, New Jersey Devils) wybrany został w 1993, a na premierę czekał rok dłużej. Pierwsze spotkanie rozegrał w marcu 1997 roku. Obaj wychowankowie GKS-u Tychy, w przeciwieństwie do Sidorkiewicza, zadebiutowali w barwach zespołów, przez które zostali wybrani. I w przeciwieństwie do „Alfabeta” grać w hokeja na uczyli się w Polsce.

Draft z 1993 roku, impreza obyła się w Quebec City, był dla Polaków szczególny. Bo prócz Krzysztofa Oliwy wybrany został Patryk Pysz, którego dostrzeżono w rozgrywkach zaplecza niemieckiej ekstraklasy i na MŚ U-18 grupy B. Wychowanek Podhala Nowy Targ wpadł w oko Chicago Blackhawks, które wybrało go w czwartej rundzie z numerem 102. Co ciekawe w tym samym roku, z numerem 111, wybrano... Miroslava Šatana, ale to nic nadzwyczajnego, bo przecież np. Paweł Daciuk wybierany był z numerem 171, a chyba hitem wszech czasów jest przypadek Henrika Lundqvista, którego wybrano z numerem 205.

Pysz do NHL nie trafił, podobnie, jak Tomek Valtonen, który na świat przyszedł w Piotrkowie Trybunalskim. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski, co ciekawe, wybrany został z dosyć wysokim numerem – 56. – w drugiej rundzie. Grał w reprezentacji Finlandii do lat 20, trzy razy na MŚ, ale to nie wystarczyło, by przekonać do siebie włodarzy Detroit Red Wings. Valtonen zrobił niezłą karierę w fińskiej ekstraklasie, zaliczył w niej blisko 500 występów, ale niespełnione marzenie zostało. W barwach "Czerwonych Skrzydeł", co ciekawe, mógł zadebiutować kolejny hokeista urodzony w Polsce, który został wydraftowany przez ten klub. Mowa o Stefanie Livie, który na świat przyszedł w Gdyni, a jako niemowlę został adoptowany przez szwedzką rodzinę. Klub ze stanu Michigan wybrał go w 2000 roku w 2000 roku (runda 4, nr 102). Sześć lat później Liv został wezwany za ocean, ale pograł jedynie w AHL i ECHL. Miał już wtedy na swoim koncie złoty medal olimpijski z Turynu.

Czwartym hokeistą – urodzonym i wychowanym sportowo w naszym kraju – który został wybrany w drafcie NHL był Marcin Kolusz. 157 numer, w piątej rundzie, dawał wprawdzie nikłe szanse na sięgnięcie gwiazd, choć w tym samym roku, z numerem 205, wybrano m.in. mającego polskie korzenie Joe'go Pavelskiego, który w NHL grał jeszcze nieco ponad 2 lata temu i w najlepszej lidze świata wystąpił 1,5 tysiąca razy. Na Kolusza zwróciła uwagę Minnesota Wild, a wybór ten zaowocował rocznym pobytem wychowanka Podhala Nowy Targ w WHL, w ekipie Vancouver Giants. Z pewnością nie można powiedzieć, że "Kolos" zaprzepaścił szansę, bo do dziś pozostaje ostatnim hokeistą wychowanym na naszych taflach, który w drafcie został wybrany. Chwała mu za to, że w 2003 roku świetnie pokazał się na MŚ najpierw dwudziesto, a następnie osiemnastolatków i tę szansę sobie wywalczył.

Mike, syn Romana

Rok po Marcinie Koluszu w wybrany został w drafcie przedostatni – przed Maksymilianem Szuberem – hokeista urodzony w Polsce. Wojtek Wolski na świat przyszedł w Zabrzu, a w 2004 roku został wskazany przez Colorado Avalanche i to w pierwszej rundzie, z numerem 21. Kariera kuzyna Sebastiana Mili była niezła, Wolski uzbierał 480 spotkań w NHL i ponad 300 w KHL, a jej ukoronowaniem był brązowy medal igrzysk olimpijskich w Pjongczangu, w barwach reprezentacji Kanady. Wolski, na chwilę, trafił również do naszej ligi, wystąpił w dziewięciu meczach w barwach Sanoka.

Prócz zawodników urodzonych w Polsce lub urodzonych i sportowo wychowanych w naszym kraju, w drafice NHL wybierano liczne grono zawodników polskiego pochodzenia, jak choćby w tym roku. Np. w 2001 roku zrobiło się głośno wokół Mike'a Komisarka, bo gracz ten został wybrany z bardzo wysokim, siódmym numerem, przez Montreal Canadiens Jego ojciec, Roman, wyemigrował do USA w wieku 24 lat, a swoją żonę, Katarzynę, ściągnął dopiero, gdy zarobił i się urządził. Mike, który mówi po polsku, urodził się już w USA. W NHL zagrał 580 razy. Dwukrotnie reprezentował Stany Zjednoczone na MŚ Elity.

Mike Danton i Jan Šteber to jeszcze inna grupa hokeistów wybieranych w drafcie, którzy mają związki z Polską. Obaj po latach nie tylko trafili do naszej ligi, ale przyjęli polskie obywatelstwo i zagrali w reprezentacji Polski. Pierwszy z wymienionych został wybrany w 2000 roku (runda 5, numer 135, New Jersey Devils) i uzbierał lekko ponad 100 meczów. W 2014 roku trafił do Sanoka, a rok później zadebiutował w reprezentacji Polski. Pochodzący z Ostrawy Šteber (runda 8. numer 252, Toronto Maple Leafs), wybrany w 2004 roku, w najlepszej lidze świata nie zagrał, ale za oceanem – w QMJHL i ECHL – spędził trzy sezony. Po raz pierwszy w Polsce pojawił się w sezonie 2009/10. Łącznie na polskich lodowiskach grał przez niemal dekadę. W 2018 roku, po uzyskaniu polskiego obywatelstwa, wystąpił w drużynie narodowej.

Czytaj także:

Liczba komentarzy: 2

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zaloguj się do swojego konta!
Lista komentarzy
  • kijek od szczotki
    2026-08-02 11:26:47

    Szkolenie w naszym kraju niestety leży. Wprawdzie od jakiegoś czasu utalentowani polscy juniorzy przenoszą się do Czech czy na Słowację, ale nie są już w stanie w tym wieku nadrobić braku podstaw jak np. braku właściwej techniki jazdy na łyżwach. Tego w wieku kilkunastu lat już nie da się skorygować. Dlatego nasi są wolniejsi, mają mniejszą dynamikę, a do tego gra kosztuje ich więcej sił, co widać w trzecich tercjach. U nas robi się nabory dla sześcio-, siedmio- latków, na Słowacji czy w Czechach trzy- czteto- letnie szkraby stawiają już pierwsze kroki na lodzie. Hokejowo jesteśmy niestety trzecim światem.

  • TylkoToruń
    2026-08-02 20:59:44

    Mamy utalentowanych młodych, no ale co z tego jak się ich trzyma na ławie i marnuje. Szansę dostał Młody Prokopiak. Cały Toruń jest za nim, napsuł nam krwi w Play off. Wypracował sobie tą szansę, oby ją w pełni wykorzystał. W Unii się marnował jak nie jeden młody. Wystarczy popatrzeć Łukawski, Płonka, Kot, drugi Kot był mądrzejszy poszedł do sms teraz Kraków. Mają perły i na nich sra... No ale balkon wymiata u nich. Można mieć tylko nadzieję, że to się zmieni i kiedyś doczekamy się Polaka w NHL...

© Copyright 2003 - 2026 Hokej.Net | Realizacja portalu Strony internetowe