Niedoceniany przez lata. Teraz cały świat NHL mówi tylko o nim
Przez lata był specjalistą od czarnej roboty. Wygrywał wznowienia, gasił największe gwiazdy rywali i robił wszystko to, czego często nie widać w skrótach. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że Jordan Staal przeszedł do historii jako jedna z ikon Carolina Hurricanes.
Kapitan "Huraganów" poprowadził zespół do pierwszego od 2006 roku Pucharu Stanleya. Na dodatek został wyróżniony Trofeum Conna Smythe'a dla najbardziej wartościowego zawodnika fazy play-off.
Bracia wiedzieli najlepiej
Tuż po końcowej syrenie na taflę T-Mobile Arena wbiegły rodziny zawodników. Dzieci Jordana Staala jako pierwsze rzuciły mu się w ramiona. Chwilę później pojawili się jego rodzice i trzej bracia. Eric, Marc i Jared otoczyli go, ściskając i krzycząc z radości.
– Legendarny status, prawda? "Jordo" stoi na czele tego wszystkiego. To coś niesamowitego. Wręcz nieprawdopodobnego. Jak historia z bajki. Był potworem. Grał niewiarygodnie przez całe play-offy, przez cały sezon i przez wszystkie lata spędzone w Carolinie. Od pierwszego dnia harował jak wół. Zasłużył na to – powiedział Eric Staal.
Nagroda za lata cierpliwości
Po raz pierwszy Jordan Staal zdobył Puchar Stanleya w 2009 roku z Pittsburgh Penguins. Miał wtedy 20 lat i wydawało się, że podobne sukcesy będą pojawiały się regularnie.
Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej wymagająca.
Po przenosinach do Caroliny przez lata czekał na kolejną szansę. Sześć pierwszych sezonów zakończył bez awansu do play-offów. Trzykrotnie odpadał w finale Konferencji Wschodniej. Za każdym razem czegoś brakowało. Nie przestał jednak wierzyć.
– Puchar wciąż był tak samo lekki. Boże, to niesamowite uczucie. Ale jednocześnie zupełnie inne. Przez tyle lat byliśmy tutaj, pracowaliśmy, budowaliśmy kulturę tej organizacji i ten zespół. Tyle razy byliśmy blisko i się nie udało. A mimo to dalej walczyliśmy. To spełnienie marzeń – przyznał Staal.
– Człowiek cały czas popycha samego siebie, żeby znaleźć się właśnie w takim momencie. Nie mogę w to uwierzyć. Nie ma nic lepszego – dodał kilka chwil później.
Przesłanie trenera. "Wszyscy wreszcie to zobaczyli"
Rod Brind'Amour od lat powtarzał, że Jordan Staal jest jednym z najważniejszych zawodników, jakich prowadził. Teraz cały hokejowy świat miał okazję przekonać się o tym na własne oczy.
– To niewiarygodne zakończenie pięknej historii. Jestem z niego dumny. Cieszę się, że mógł pokazać całemu światu, jakim jest zawodnikiem i przede wszystkim jakim jest liderem. Bez niego nie podnosilibyśmy dziś Pucharu. Nawet nie ma o czym dyskutować – podkreślił szkoleniowiec Hurricanes. – Przez czternaście lat obserwowałem, jak ciężko pracuje i ani przez moment nie traci wiary. Nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, ale dobrze jest czasem zobaczyć, że ci dobrzy faceci dostają swoją nagrodę.
Wreszcie doceniony
Co ciekawe, Conn Smythe Trophy było pierwszym indywidualnym wyróżnieniem w karierze Staala. Nigdy nie zdobył Selke Trophy. Nie walczył o Hart Trophy. Rzadko znajdował się w centrum uwagi. Tym razem nie dało się go pominąć. W 19 meczach fazy play-off zdobył 12 punktów. Aż siedem z nich wywalczył w finale, strzelając sześć goli przeciwko Vegas Golden Knights.
– To niesamowite. Pokazał, jak świetny był przez całe play-offy. Często nie dostaje nagrody w postaci punktów za to, co robi. Tym razem został za to wynagrodzony. Zasłużył. To on napędza tę drużynę. Ciągnie wszystkich za sobą – ocenił Marc Staal.
Człowiek, którego nikt nie chce mieć przeciwko sobie
Jordan Martinook nie miał wątpliwości, że jego kapitan od lat nie otrzymuje należnego uznania.
– Ten facet jest niesamowity. Nie ma sensu mówić o jego wieku. To wciąż jeden z najlepszych środkowych w tej lidze. Cieszę się, że w końcu został dostrzeżony, bo ludzie o nim nie rozmawiają. Powinien zdobywać Selke Trophy co roku. No dobrze, kiedy grał Patrice Bergeron, można było dyskutować – stwierdził skrzydłowy Hurricanes.
– Zapytajcie wszystkich pierwszych środkowych, przeciwko którym graliśmy w tych play-offach. Założę się, że każdy powie, iż nienawidzi gry przeciwko Jordanowi Staalowi. A potem zobaczyliśmy to, co zrobił w finale. Nie da się opisać słowami, jak wiele znaczy dla tej drużyny. Przeszedł tutaj przez najtrudniejsze chwile, a dziś unosi Puchar nad głową – dodał
Spełniony sen
Po siedemnastu latach od pierwszego triumfu Jordan Staal ponownie zdobył Puchar Stanleya. Tym razem jako kapitan zespołu, który współtworzył i prowadził przez najtrudniejsze momenty.
– Plan był taki, żeby zrobić to razem. Oczywiście nie wyszło. Tak czasem wygląda życie. Dzisiaj jestem jednak szczęśliwy, że zostałem. Wierzyłem w tę kulturę organizacji i w to, co próbowaliśmy zbudować w Carolinie. Możliwość stworzenia czegoś takiego to niesamowite uczucie. A zakończenie tego wszystkiego właśnie w taki sposób jest spełnieniem marzeń – podsumował Staal.
Legenda? W Raleigh nikt nie ma już co do tego najmniejszych wątpliwości.
Czytaj także:
- Głośne nazwiska wciąż bez klubu! Te gwiazdy NHL nadal czekają na kontrakt
- "Diabły" obeszły się smakiem. Utah powiedziało: nie oddamy go!
- Okiem Kojota. Gdy bójki będą ważne, to nic nie powiem, ale będą znaki
- Koniec plotek. Jeden z największych weteranów NHL zostaje na kolejny sezon
- Kiedyś ich pogrążył. Teraz ma poprowadzić ich do sukcesów

Komentarze