To był prawdziwy kalejdoskop hokejowych emocji! W swoim pierwszym meczu na Mistrzostwach Świata Elity reprezentacja Polski przegrała z Łotwą 4:5 po dogrywce. Dwie bramki dla biało-czerwonych zdobył Krzysztof Maciaś, a takim samym wyczynem popisał się Kaspars Daugaviņš, który zapewnił brązowym medalistom poprzedniego czempionatu dwa punkty.
Trener Róbert Kaláber na starcie z Łotyszami wystawił niemal ten sam skład, co w ostatnim towarzyskim meczu z Danią. Nasz selekcjoner zdecydował się na trzy zmiany personalne. W bramce postawił na Johna Murraya, a w polu dokonał kolejnych dwóch korekt. W zestawieniu defensywy znalazł się Paweł Dronia, który zastąpił Jakuba Wanackiego, z kolei w drugim ataku miejsce Patryka Krężołka zajął Mateusz Michalski.
Początek jak ze snów
Każdy z reprezentantów zdawał sobie sprawę z tego, że mecze w czeskim czempionacie będą wymagały od nich wspięcia się na wyżyny swoich umiejętności. Gotowości do poświęceń, momentami cierpienia, a także perfekcyjnego realizowania założeń taktycznych. Zwłaszcza dojrzałej gry w destrukcji.
Po pierwszej odsłonie każdy polski kibic mógł czuć satysfakcję i dumę. Na tle brązowych medalistów poprzedniego czempionatu prezentowaliśmy się naprawdę solidnie. I to zarówno w destrukcji, jak i w ofensywie. Wygrywaliśmy więcej wznowień (12-9) i choć rzadziej strzelaliśmy (5-12), to udało nam się wykreować kilka ciekawych okazji. Tu należy wymienić uderzenia Mateusza Bryka z 2. minuty i Krystiana Dziubińskiego, na koniec rozgrywanej przez nas przewagi.
W 16. minucie polscy kibice oszaleli ze szczęścia, bo sposób na Elvisa Merzļikinsa znalazł Krzysztof Maciaś. Niespełna 20-letni skrzydłowy sprawnie obrócił się z krążkiem i wypalił z nadgarstka, a guma przemknęła między parkanami golkipera Columbus Blue Jackets.
Dwie minuty później mogliśmy podwyższyć na 2:0 po niezwykle kombinacyjnej akcji. Zygmunt wywalczył gumę i dograł do Patryka Wronki, który dostrzegł pozostawionego bez opieki Grzegorza Pasiuta. Doświadczony środkowy zamiast strzelać próbował jeszcze obsłużyć „Wronczesa”, ale Łotysze w porę zareagowali. Zgromadzeni na trybunach polscy kibice mogli tylko złapać się za głowy.
Prawdziwa wymiana ciosów
Po przerwie zespół Harijsa Vītoliņša zagrał agresywniej i zamierzał jak najszybciej doprowadzić do wyrównania. Ta sztuka udała się Łotyszom już po 138 sekundach. John Murray sparował uderzenie Raivisa Ansona, jednak z dobitką Robertsa Mamčicsa już sobie nie poradził. Nie zdołał w porę się przemieścić i przysłonić słupka.
Ale nasz zespół nie załamał się. Przeciwnie, dobrze zareagował na gola rywali i w 29. minucie znów objął prowadzenie. Tym razem z ostrego kąta przymierzył Kamil Wałęga, a guma po odbiciu się od łotewskiego defensora znalazła się w siatce.
O ile w osłabieniach radziliśmy sobie naprawdę dobrze, to przewagi nie były naszą mocną stroną. Graliśmy w nich zbyt nerwowo, rzadko strzelaliśmy i nie stwarzaliśmy zagrożenia.
Na dodatek w trzeciej odsłonie, podczas wykluczenia Oskarsa Batņy, straciliśmy drugiego gola. To był perfekcyjnie rozegrany kontratak w wykonaniu łotewskich liderów. Kaspars Daugaviņš dograł do Rodrigo Ābolsa, a ten precyzyjnym uderzeniem z nadgarstka zaskoczył Johna Murraya. Takie gole często potrafią podciąć skrzydła.
Jednak dziś „Orły” pokazały ogromną wolę walki, połączoną z ogromną chęcią sprawienia niespodzianki i zagrania na nosie faworytom. To ponownie zaowocowało w 48. minucie. Uderzenie Krystiana Dziubińskiego skutecznie poprawił Krzysztof Maciaś i prowadziliśmy 3:2!
Z piekła do nieba i odwrotnie
Brązowi medaliści poprzedniego czempionatu ponownie wyrównali. Na listę strzelców wpisał się Kaspars Daugaviņš. Początkowo arbitrzy nie uznali tego trafienia, argumentując to faktem, że Łotysze przeszkadzali w interwencji Johnowi Murrayowi. Finalnie trafienie zostało jednak zaliczone dopiero po challenge’u trenera. Podopieczni Harijsa Vītoliņša poszli za ciosem i 149 sekund później objęli prowadzenie. W ramionach swoich kolegów utonął Rihards Bukarts.
Gdy wydawało się, że Łotysze „złamali” mecz i są o krok od sięgnięcia po pełną pulę, do wyrównania doprowadził Mateusz Bryk. 34-letni defensor przymierzył z nadgarstka, a Elvis Merzļikins nie zdołał w porę zareagować.
W końcówce regulaminowego czasu gry graliśmy w przewadze, ale nie zadaliśmy decydującego ciosu. Wykluczenie Kristapsa Zīle przeszło na dogrywkę, ale nie udało nam się go wykorzystać.
W dodatkowym czasie gry krążek po uderzeniu Dominika Pasia ostemplował słupek. Z kolei po uderzeniu Kasparsa Daugaviņša, Johna Murraya uratowała poprzeczka. Chwilę później łotewski kapitan poprawił celownik i dał swojemu zespołowi wygraną. Polacy muszą zadowolić się jednym „oczkiem”.
Polska - Łotwa 4:5 (1:0, 1:1, 2:3, d. 0:1)
1:0 Krzysztof Maciaś - Mateusz Michalski (15:29),
1:1 Roberts Mamčics - Raivis Ansons, Miks Indrašis (22:18),
2:1 Kamil Wałęga - Maciej Urbanowicz, Paweł Dronia (28:15),
2:2 Rodrigo Ābols - Kaspars Daugaviņš (42:32, 4/5),
3:2 Krzysztof Maciaś - Krystian Dziubiński (47:56),
3:3 Kaspars Daugaviņš - Kristaps Zīle (52:25),
3:4 Rihards Bukarts - Roberts Bukarts, Oskars Batņa (54:54),
4:4 Mateusz Bryk (56:24),
4:5 Kaspars Daugaviņš - Rodrigo Ābols (63:29, 3/3)
Sędziowali: Jan Hribik, Mark Pearce (główni) - Dario Fuchs, Tarrington Wyonzek (liniowi).
Minuty karne: 4-8.
Strzały: 22-37.
Widzów: 9109.
Polska: J. Murray - B. Ciura, M. Kolusz; P. Wronka, G. Pasiut, P. Zygmunt - P. Wajda, M. Kruczek (2); M. Michalski, K. Maciaś, K. Dziubiński - K. Górny, M. Bryk (2); B. Fraszko, D. Paś, A. Łyszczarczyk - A. Kostek, P. Dronia; F. Komorski, K. Wałęga, M. Urbanowicz.
Trener: Róbert Kaláber
Łotwa: E. Merzļikins - J. Jaks, K. Zīle (2); K. Daugaviņš, M. Dzierkals (2), R. Ābols (2) - K. Čukste, R. Freibergs; R. Bukarts, R. Bukarts, O. Batņa (2) - M. Komuls, R. Mamčics; R. Krastenbergs, R. Ansons, M. Indrašis - O. Cibuļskis; E. Tralmaks, F. Gavars, H. Egle.
Trener: Harijs Vītoliņš
Czytaj także: