Ostatnia drużyna tabeli, protesty zawodników i fatalna atmosfera wokół zarządu – tak wygląda rzeczywistość STS Sanok. W środku kryzysu klub pochwalił się pozyskaniem nowych samochodów służbowych dla zarządu. Reakcja kibiców była natychmiastowa i bezlitosna, a tłumaczenia prezes Marty Przybysz tylko dolały oliwy do ognia.
Sytuacja w sanockim hokeju od miesięcy jest dramatyczna. Drużyna STS Sanok zamyka tabelę Tauron Hokej Ligi z fatalnym bilansem (w 29 meczach stracili aż 184 bramki), a przyszłość klubu nie rysuje się w kolorowych barwach. W takim klimacie kluczowe jest wyczucie nastrojów społecznych. Tego jednak zabrakło, gdy na oficjalnym profilu klubu pojawiło się zdjęcie dwóch nowych SUV-ów marki MG.
Sukces wizerunkowy czy "strzał w kolano"?
Klub ogłosił nawiązanie współpracy z firmą Auto-Complex, w ramach której otrzymał do dyspozycji dwa modele: MG HS i MG ZS. W oficjalnym komunikacie czytamy o "niezwykłych modelach", które mają służyć do "codziennych wyzwań i klubowych obowiązków". Samochody zostały oklejone w barwy klubowe, a zarząd podziękował partnerowi za zaufanie.
Z perspektywy czysto biznesowej - pozyskanie partnera barterowego, który użycza auta bez kosztów (co podkreśla zarząd), powinno być sukcesem. Jednak w kontekście sportowej i finansowej zapaści, kibice odebrali to jako prowokację.

W komentarzach pod postem zawrzało. "Coś to zmienia dla sytuacji klubu czy tylko Pani Prezes ma na czym wozić d...?" - pyta retorycznie jeden z internautów. Inny dodaje: "Jakby to był klub tenisa stołowego i na mecz jechało paru zawodników, to bym przyklasnął (...). A tutaj co to zmieni? Trener, sztab i zawodnicy jadą na mecz autokarem".

Fani wytykają zarządowi odwrócone priorytety. Podczas gdy drużyna "szoruje po dnie", a zawodnicy muszą walczyć o podstawowe warunki, zarząd przesiada się do nowych aut. "Te dwa auta jeszcze bardziej wkurw... zawodników i kibiców" – czytamy w jednej z czołowych opinii pod postem.

Prezes Przybysz odpowiada: "To efekt pracy, której nie widać"
W odpowiedzi na falę krytyki, głos zabrała prezes zarządu, Marta Przybysz. W swoim oświadczeniu podkreśliła, że samochody nie obciążają budżetu klubu i są efektem współpracy partnerskiej.
– Funkcjonowanie klubu w obecnym kształcie nie jest oczywistością. To efekt długofalowej, konsekwentnej pracy wielu osób, których nie widać z perspektywy trybun – napisała prezes, dodając, że personalne ataki podważają sens wysiłku podejmowanego dla ratowania hokeja w Sanoku.
To nie pierwszy raz, gdy styl komunikacji prezes Przybysz budzi kontrowersje i wydaje się nazbyt nacechowany emocjami. Latem ubiegłego roku doszło do głośnej wymiany zdań, w której prezes w odpowiedzi na krytykę dotyczącą remontu łazienki, użyła wulgarnych słów, każąc kibicowi "odpier... się", co zrelacjonował między innymi portal tvp.sport.pl.
Obecne tłumaczenia również nie uspokoiły nastrojów, a wielu fanów odbiera je jako arogancję władz klubu wobec realnych problemów.

"Nasza Klasa" zamiast profesjonalnego marketingu?
Afera samochodowa uwypukliła inny problem, który od dawna irytuje sanocką społeczność. Wielu kibiców odnosi wrażenie, że oficjalny profil klubu jest wykorzystywany do celów prywatnej promocji. Komentujący wskazują, że prezes Marta Przybysz pojawia się w klubowych mediach społecznościowych z ogromną częstotliwością i często eksponuje swój wizerunek przy niemal każdej, nawet drobnej okazji.

W innych klubach TAURON Hokej Ligi standardem jest promowanie zawodników, akcji meczowych czy sponsorów. W Sanoku, zdaniem fanów, te proporcje są zachwiane. Część internautów porównuje styl prowadzenia fanpage'a do dawnej "Naszej Klasy" lub prywatnego profilu, co ich zdaniem nie przystoi profesjonalnemu klubowi Ekstraligi i jego oficjalnemu profilowi w social mediach, bo odciąga to uwagę od realnych problemów sportowych drużyny.
Protest na lodzie i "rozczarowanie" postawą graczy
Nowe samochody dla zarządu to tylko wierzchołek góry lodowej. Sytuacja wewnątrz szatni jest napięta. Podczas niedawnego meczu z KH Energą Toruń zawodnicy STS Sanok opóźnili wyjście na lód o 10 minut. Był to celowy protest przeciwko kwestiom organizacyjno-finansowym.
Prezes Przybysz w wywiadach nie kryła żalu do hokeistów, nazywając ich zachowanie "buntem" i zarzucając im brak odwagi do otwartej rozmowy. To znowu przejaw wielkich emocji, co nie do końca, według wielu opinii, pasuje do pełnionej funkcji.
– Było mi po prostu po ludzku przykro. Przykro, bo tak naprawdę nie muszę tutaj być – mówiła, sugerując, że poświęca się dla klubu kosztem życia prywatnego. Zapewniała również, że klub (technicznie) nie zalega z płatnościami, gdyż kontrakty przewidują wypłaty z dołu, a grudniowe opóźnienia wynikają ze specyfiki końcówki roku.
"Rodzinny" piknik z... twórcą patorapu
Brak wyczucia w Sanoku to jednak nie nowość. Zaledwie kilka miesięcy temu, we wrześniu, klub wywołał skandal, zapraszając na "Piknik Rodzinny" kontrowersyjnego rapera i celebrytę – Popka.
Decyzja o tym, by na imprezie dedykowanej dzieciom i rodzinom wystąpił człowiek znany ze skaryfikacji twarzy, wulgarnych tekstów, a ostatnio także z szokującego nagrania sugerującego zachowania zoofilskie, spotkała się z niedowierzaniem.

"Dno zapraszać jednego z największych patusów w Polsce na piknik rodzinny" – grzmieli internauci. Inni pytali wprost: "Czy Wy jesteście normalni? Czy może ktoś wyłapał kijem w głowę?".
Początkowo klub próbował bronić decyzji, tłumacząc to "charytatywnym charakterem" i prośbą innego artysty. Ostatecznie, pod naporem gigantycznej fali krytyki ("hejtu" jak określił to zarząd), koncert odwołano. Niesmak jednak pozostał, a sytuacja ta stała się koronnym dowodem na chaos decyzyjny panujący w STS Sanok.
Dysonans poznawczy
Obraz, jaki wyłania się z Sanoka, jest pełen sprzeczności. Z jednej strony mamy zarząd, który chwali się nowymi partnerami motoryzacyjnymi i przy każdej krytyce oskarża otoczenie o hejt oraz brak zrozumienia dla "biznesowych realiów".
Z drugiej strony drużynę bez wyników, protestujących zawodników i wściekłych kibiców, którzy zamiast lśniących SUV-ów przed biurem, woleliby zobaczyć normalność.
Czytaj także: